Jeśli w niedzielę czujesz lęk przed poniedziałkiem, zacznij tydzień na luzie. Nowy trend Bare Minimum Monday podbija TikToka

Jeśli w niedzielę czujesz lęk przed poniedziałkiem, zacznij tydzień na luzie. Nowy trend Bare Minimum Monday podbija TikToka fot. Annie Spratt / Unsplash.com

Dla Polaków „Nie lubię poniedziałku” to nie tylko tytuł kultowego filmu, ale swoisty styl życia. Pod podobną deklaracją podpisuje się bowiem aż 75 proc. obywateli naszego kraju. Nie jest to jednak wyłącznie polska przypadłość. Nowy trend zawodowy – Bare Minimum Monday – wydaje się wręcz skrojony pod nasze (polskie) potrzeby. Na czym dokładnie polega i przed czym może nas uchronić?

Wyobraź sobie że jest niedziela, jesteś przyjemnie rozluźniony/a. Zbliża się wieczór i nagle w twojej głowie pojawia się on – poniedziałek. Przed oczami piętrzy ci się lista rzeczy do zrobienia w pracy. Tu spotkanie, tam sprawdzenie kilku rzeczy jeszcze z piątku, odkopanie się z poczty… I jeszcze parę nowych, pilnych zadań, które zaplanowałeś/aś na nadchodzący tydzień. Od samego myślenia może się człowiekowi zrobić gorzej. A gdyby tak podejść do tego wszystkiego inaczej?

Wiele osób ma w zwyczaju otwierać na komputerze mnóstwo programów jednocześnie. Kiedy w końcu dojdzie do restartu systemu i wszystko nam się pozamyka, staramy się z powrotem otwierać rzeczy już z wyczuciem. A zatem jedna po drugiej, bez nadmiernego obciążania sprzętu. Dlaczego podobnie nie podejdziemy do własnego samopoczucia i organizmu? Bare Minimum Monday ma nas uchronić przed takim przeciążeniem naszego emocjonalnego RAM-u.

Na czym polega Bare Minimum Monday?

Bare Minimum Monday oznacza w skrócie jedno: w poniedziałki robimy absolutne minimum. Traktujemy ten dzień jako wejście w nowy tydzień i „rozruch”. Nie chodzi o to, aby nie wykonywać swoich obowiązków i – mówiąc brzydko – je olewać. A o to, aby stopniowo wdrażać się w coraz to kolejne zadania. To pomaga uniknąć przeładowania kognitywnego. A tym samym rozłożyć zapasy energetyczne tak, żeby nie zabrakło ich najdalej w okolicach wtorku rano. Zgodnie z ideą Bare Minimum Monday, warto więc nie planować na poniedziałek (i to jeszcze z samego rana) serii spotkań lub trudnych i wymagających „tasków”. A pozwolić sobie wejść w tydzień miękko i bezpiecznie.

Niektórych może zaskoczyć fakt, że Marisa Jo Mayes, czyli sama twórczyni medialnej frazy Bare Minimum Monday, nie uważa, iż w poniedziałek powinniśmy w ogóle odpuścić sobie pracę. Zainteresowana przyznaje, że kiedy pierwszy raz wypowiedziała znamienny termin w materiale na TikToku, nie spodziewała się takiego globalnego odzewu. TikTokerka i aspirująca założycielka wspierającego osobistą produktywność start-upu, Spacetime Monotasking, twierdzi, że minimalny poniedziałek to taki, który pozwala nam ograniczyć poziom stresu i efektywnie trafić w rytm tygodnia. Co więcej, luźny dzień jest niepowtarzalną przestrzenią na zajęcie się bardziej doniosłymi i kreatywnymi zadaniami. Zazwyczaj, podczas codziennego chaosu i ferworu spotkań na żywo czy online trudno wygospodarować ten jakże cenny czas. W wielu przypadkach może się to nawet przełożyć na zwiększenie całotygodniowej produktywności. Jednak sama Marisa przestrzega przed interpretacją, że jest to kolejny productivity hack. W Bare Minimum Monday chodzi o to, by nasz dobrostan jako osoby przedłożyć nad nasz dobrostan jako pracownika.

@itsmarisajo

If being called lazy is the price I have to pay to be happier, healthier, and more productive overall— I’ll take it 😌 Bare Minimum Monday forever 🐢 #bareminimummonday #bareminimummondays

♬ Theme From A Summer Place – Percy Faith

Niedzielny strach przed poniedziałkiem

Wiadomo, że nie zawsze mamy ochotę wracać do pracy po weekendzie. Nawet gdy sprawia nam ona ogrom przyjemności czy rzeczywiście stanowi rodzaj hobby. To zupełnie naturalne. Kiedy jednak w leniwe niedzielne popołudnie, na samą myśl o niechybnie zbliżającym się poniedziałku, serce bije nam szybciej, to znak, że coś się dzieje. Ten stan nazywa się „niedzielnym strachem przed poniedziałkiem”, „niedzielną nerwicą” lub też „syndromem niedzielnego popołudnia”. W mediach często możemy zderzyć się również z określeniem Monday blues.

Chociaż nie jest to zaburzenie samo w sobie, może znacząco uprzykrzyć nam życie. A w perspektywie czasu prowadzić do poważniejszych reperkusji. Zamiast w pełni wykorzystywać czas wolny, który mamy dostępny w tym momencie, zamartwiamy się nadchodzącymi obowiązkami zawodowymi. Monday blues nie objawia się bynajmniej smętnym graniem w ciemnych okularach na harmonijce ustnej. Zamiast tego możemy go rozpoznać po uczuciu frustracji, napięcia czy rozdrażnienia, szybkim biciu serca oraz przewracaniu się z boku na bok przez całą noc poprzedzającą poniedziałek. Pionierka Bare Minimum Monday, Marisa Jo Mayes, podzieliła się z fanami swoimi przeżyciami z tego występującego cyklicznie dnia świstaka.

Szybko zdałam sobie sprawę, że problem jest większy niż same poniedziałki. Miałam problem z hustle culture, problem z perfekcjonizmem. Po rozpoczęciu własnej działalności wciąż podchodziłam do pracy w ten sam sposób, co wcześniej w korporacji. To zaowocowało cyklami stresu i wypalenia. Czułam się źle, bo byłam tak wypalona, że nie mogłam nic zrobić. Robiłam szalenie długą listę rzeczy do zrobienia na poniedziałki z nadzieją, że uda mi się przesprintować powrót do dobrego samopoczucia i bycia dumną z tego, jak wiele udało mi się zrobić.

Każdego tygodnia „niedzielne strachy” uderzały, a w każdy poniedziałek spałam do ostatniej sekundy, bo wiedziałam, że czeka na mnie ta lista. Presja, jaką na siebie nakładałam, była paraliżująca i zdałam sobie sprawę, że coś musi się zmienić.

Poniedziałek w wykonaniu Marisy

Dzięki rozmowie przeprowadzonej przez Business Insider, możemy poznać typowy poniedziałek w wykonaniu inicjatorki pomysłu. Wszystko zaczyna się około 8 rano:

Przez pierwsze dwie godziny Bare Minimum Monday, nie podejmuję spotkań i daję sobie czas na rozruch. Czytam, prowadzę osobisty dziennik, czasem robię coś w domu. To dwie godziny bez technologii, bez sprawdzania maili, po prostu robienie tego, co sprawia, że poczuję się dobrze, rozpoczynając mój dzień.

Następnie, poświęca godzinę na pracę kreatywną. Zazwyczaj wybiera to, co w tym momencie chodzi jej po głowie. Może być to strategia na rozwój swojego startupu lub tworzenie grafik marketingowych. Nadchodzi pora na przerwę na lunch lub spacer. Tak, już o 11! Nie dziwmy się, w końcu miało być to jedynie niezbędne minimum. Nie jest to jednak koniec poniedziałkowych przygód.

Następnie przez dwie godziny wykonuję swoje główne zadania zawodowe. Nie prowadzę multitaskingu, nie jestem rozproszona, nie siedzę na telefonie. Jeśli nie skończę po tym czasie, poświęcam kolejną godzinę, ale zwykle nie więcej. Mój poniedziałkowy dzień pracy jest krótszy, ale ponieważ jest to praca naprawdę skoncentrowana, udaje mi się zrobić tyle samo, co podczas moich dawnych ośmiogodzinnych dni pracy.

Jeśli podobna wizja wydaje się dla was pociągająca i nie zaniedbalibyście swoich bezpośrednich obowiązków, warto ją wypróbować. Sama autorka zaznacza, że nie są to ścisłe wytyczne. A raczej podążanie za ideą, aby nie nakładać na siebie zbyt dużej presji na początku tygodnia.

Czy Bare Minimum Monday to rozwiązanie dla każdego?

Jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim dogodził – głosi ludowe porzekadło. Podobnie zresztą jest w przypadku trendów. Ich dopasowanie zależy nie tylko od rodzaju wykonywanej pracy, ale też osobistych preferencji i cech charakteru danej osoby. Przypomina o tym także Marisa. Kobieta sugeruje, dla kogo to rozwiązanie może okazać się prawdziwym strzałem w dziesiątkę.

Jestem neurodywersyjna i myślę, że jako osoby neurodywersyjne często podejmujemy się dodatkowych wysiłków w celu maskowania lub dopasowania się. Ponieważ nadmiernie kompensujemy, możemy być bardziej podatni na wypalenie. Pozwolenie sobie na uwolnienie się od wielu niewypowiedzianych oczekiwań i zasad, które tak naprawdę nie miały znaczenia było bardzo wyzwalające.

Rozumiem, że Bare Minimum Monday nie jest wykonalne dla każdego. Osobiście jestem samozatrudniona i pracuję w domu. Nie jestem też mamą. Ale dla każdego zainteresowanego wypróbowaniem tego, zwróć uwagę na to, kiedy nakładasz na siebie niepotrzebną presję lub ustawiasz nierealistyczne oczekiwania. Jeśli wiesz, że nie będziesz miała na coś czasu, nie wpisuj tego na swoją listę

Bare Minimum Monday to nie zawsze maksimum efektu

Nie każdy z nas może sobie jednak pozwolić na Bare Minimum Monday. Obrazuje to chociażby powyższy przykład – Marisa pracuje z domu i nie odpowiada przed przełożonym, a przed samą sobą. Z nami często jest inaczej. Nawet jeśli mamy wyrozumiałego szefa, to niekoniecznie branżę. Trudno sobie wyobrazić, że wsparcie techniczne danej firmy nie reaguje na bieżące awarie, bo właśnie ma poniedziałek, w którym nie pozwala sobie na ani gram stresu. A sprzedawca nie sfinalizuje dużego kontraktu, bo nie ma ochoty na spotkanie z klientem. Nie wspominając nawet o zawodach, w których każda minuta może uratować ludzkie życie.

Bare Minimum Monday to nie wymówka na olewactwo

Chociaż pojęcie Bare Minimum Monday ma niemalże tyle znaczeń i interpretacji, ile jest gwiazd na TikTokowym niebie, to niektóre z nich zaczęły wieść prym nad pozostałymi. Niezliczone tabuny samozwańczych ekspertów aż kipią, żeby przedstawić swoje autorskie hot tejki w tym temacie. Ich spektrum opinii jest szerokie niczym galaktyka – od skrajnie alarmistycznych po te pochwalne.

Wśród komentarzy, dotyczących Bare Minimum Monday, pojawiają się głosy, że jeśli taki poniedziałek ma być na luzie, to w ogóle mogłoby go nie być. Wiele osób porównuje ten trend do 4-dniowego tygodnia pracy, który zyskuje coraz większą popularność w Europie. Trudno jednak zgodzić się z takim podejściem. Zaplanowana nieobecność, wynikająca z ustaleń firmy lub nawet nieplanowanej niedyspozycji wiąże się jednoznacznie ze szczerością wobec pracodawcy, który w tych okolicznościach może sobie pozwolić na przedelegowanie części zadań oraz zmodyfikowanie tygodniowego planu obowiązków.

Bare Minimum Monday zakłada, że realizujemy swoje obowiązki, ale nie narzucamy sobie w pierwszym dniu tygodnia tempa, które doprowadzi nas do zadyszki. Jeśli więc wpadliście na pomysł, by na polecenie szefa odpowiedzieć krótko: „Ale poniedziałek, tato!”, jeszcze raz zweryfikujcie założenia koncepcji Marisy. Bo Bare Minimum Monday ma nam pomóc pracować mądrzej, efektywniej i ze zwróceniem uwagi na nasz stan psychiczny, a nie być wymówką do nicnierobienia i niewykonywania swoich obowiązków, na które umówiliście się z pracodawcą. Albo sami ze sobą, jeśli jesteście swoim sterem, żeglarzem i okrętem.

Jakie są atuty praktykowania Bare Minimum Monday?

Chociaż można by ponownie zacząć się rozpływać nad zbawiennym wpływem Bare Minimum Monday na produktywność, zakrawałoby to o silną nadinterpretację. Zdaniem autorki trendu gloryfikowanie roli produktywności w tym systemie, stałoby w sprzeczności z jego głównym założeniem. A mianowicie przedkładaniem własnego dobrostanu jako człowieka w ogóle nad naszym samopoczuciem jako osoby, którą identyfikuje wyłącznie praca. Zresztą zadbany, zadowolony i wypoczęty pracownik siłą rzeczy będzie miał więcej energii do działania. Kluczowym atutem Bare Minimum Monday jest zatem redukcja stresu. Nie tylko tego, który nachodzi nas w poniedziałek na widok spiętrzonego stosu nieprzeczytanych maili, ale przede wszystkim chronicznego stresu towarzyszącemu nam już od weekendu. Czas wolny powinien bowiem niezbywalnie służyć regeneracji oraz odpoczynkowi od pracy, nie zaś zamartwianiu się o nią na zapas.

Nowy trend pomaga zredukować niedzielną nerwicę, jednak niekoniecznie zwalcza jej źródło

Sposobów na walkę z zawodowym stresem jest niezliczona ilość. Mniej lub bardziej skutecznych. Jeżeli jednak na myśl o poniedziałkowym powrocie do pracy na czoło wstępują zimne poty, może warto dogłębniej zastanowić się nad przyczyną takiego stanu rzeczy. Czy jest nią jedynie samodzielnie narzucone tempo pracy, którego się obawiamy? A może to cała firma ma sobie wiele do zarzucenia? Jeżeli zatem po przeanalizowaniu objawów dochodzimy do tego, że przyczyną problemu jest praca sama w sobie, może warto zastanowić się nad zmianą. Szkodliwa atmosfera, mobbing czy przeładowanie nadprogramowymi obowiązkami to nie są warunki, na które powinniśmy się godzić i starać się radzić sobie za wszelką cenę. Bez względu na skuteczność zastosowanych rozwiązań niwelowania stresu, jego źródło dalej bowiem tętni pod powierzchnią, czekając na moment wylania się strumieniem frustracji i długofalowych konsekwencji dla zdrowia. Pamiętajmy, że rynek pracy stoi aktualnie otworem, ale życie i zdrowie mamy tylko jedno.

Bare Minimum Monday na TikToku, czyli jak aplikacja układa nam życie

Nowe trendy z TikToka pojawiają się jak grzyby po deszczu. Medium i jego twórcy przyjęli niemalże rolę mentora, którego możemy się poradzić bez względu na to, z czym mamy problem. Nawet jeśli dotychczas nie zdawaliśmy sobie sprawy z istnienia naszych „niedoskonałości”. Uczymy się jak poprawnie myć włosy, tańczyć salsę, smarować chleb masłem czy mocować tuleje wahacza. Kiedy ktoś już osiągnie eksperctwo w danej dziedzinie, a także dostateczną popularność, swoje rady może przekuć w poziom nowego trendu. I tak oto otrzymujemy modę na „sad beige mom”, „clean girl” czy „BookTok”. Czyli tak naprawdę nic, co dotychczas by nie istniało, ale w zupełnie nowej, innowacyjnej oprawie!

Rynek pracy nie pozostaje pod tym względem z tyłu. Dopiero co usłyszeliśmy o quiet quittingu, a już stał się niemal wiodącym stylem pracy pokolenia Z. Quiet firing wywołał niemałe oburzenie, chociaż sam mobbing, który się pod nim kryje, już mało kogo zaskakuje. Teraz świat wstrzymał dech na wieść o najnowszym zawodowym trendzie, Bare Minimum Monday. Sceptycy zaciskają zęby z irytacji, bo przecież jak tak można, żeby w poniedziałki praktycznie nic nie robić. Zwolennicy z kolei zachwalają jego prozdrowotne efekty oraz wpływ na wzmożoną produktywność w skali tygodnia. Tymczasem prawda leży gdzieś po środku.

Bare Minimum Monday nie jest receptą na wszystkie nasze lęki, zawirowania w życiu zawodowym, natłok obowiązków czy sytuacje, gdzie nasze prawa w pracy są łamane.

To pewna idea, która – jeśli mamy możliwość z niej skorzystać – może nam pomóc zmienić nasze podejście do pracy, reakcje czy walczyć z nadmiernym perfekcjonizmem. Chodzi bowiem o pewną zmianę priorytetów, zauważenie pewnej presji, którą często sami na siebie nakładamy, chcąc zawsze być na 100 proc., czy zweryfikowanie tego, jak się identyfikujemy i czym mierzymy swoją wartość. Bare Minimum Monday nie zastąpi nam terapii czy pomocy psychologicznej, kiedy przezywamy kryzys czy zmiany środowiska, kiedy jest to konieczne dla naszego zdrowia psychicznego. Warto tym pamiętać. A także o tym, że czasem mniej znaczy więcej. Nie tylko w poniedziałki.

Redaktorka

Z wykształcenia filolog języka francuskiego, jednak od najmłodszych lat emocjonalnie związana z dziennikarstwem i działalnością literacką. Interesuje się szerokim wachlarzem tematycznym, zaczynając od kwestii językowych, kulturowych i społecznych, poprzez finanse i ekonomię, aż po naukę i prawo. Można powiedzieć, że w życiu podąża za iście renesansową definicją bycia "humanistą".

Banner kampanii #MisjaZmiana z Krzysztofem Stanowskim i Julką

Czytaj także

Komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Informacje zwrotne w tekście
Zobacz wszystkie komentarze