Marketing bez granic: wywiad z Moniką Ambrozowicz
Monika Ambrozowicz, Product Marketing Manager w Forest Admin

Marketing bez granic: wywiad z Moniką Ambrozowicz

Product Marketing Manager w Forest Admin, mieszka pod Genewą

Chcielibyście zacząć karierę w marketingu poza granicami naszego kraju i zastanawiacie się, jak wygląda ścieżka kariery w takiej sytuacji oraz jak wygląda praca w zagranicznych firmach? Zapraszamy do lektury wywiadu z Moniką Ambrozowicz, Product Marketing Manager w Forest Admin.

Studiowałam polonistykę ze specjalnością edytorską na UJ, ale pod koniec studiów zrobiłam kilka kursów z projektowania interfejsów, UX i marketingu internetowego, bo w tych dziedzinach bardziej widziałam swoją przyszłość. Jeszcze w szkole budowałam bardzo proste strony internetowe i spędzałam dużo czasu w internecie, więc przyszło to dość naturalnie. Po stażach w rzeszowskiej agencji reklamowej Studio Kolor i krakowskim (niestety już nieistniejącym) kwartalniku 2+3D, pod koniec 2013 roku dołączyłam do Brainly, wtedy jeszcze małego ale już bardzo ambitnego startupu, gdzie spędziłam prawie 3 lata na rozwijaniu anglojęzycznych rynków zagranicznych. W tym czasie skończyłam jeszcze studia podyplomowe z architektury informacji na krakowskim UP i marketingu internetowego na AGH i zainteresował mnie marketing B2B, szczególnie content marketing. Być może dlatego, że zawsze lubiłam pisać, ale cały czas uważam, że dobrze zaplanowany content jest absolutną podstawą dla wszystkich innych działań marketingowych. Po skończeniu studiów dołączyłam do Synerise, gdzie po raz pierwszy miałam okazję pracować z marketingiem produktu, w dodatku technologicznego, choć wtedy nie miałam pojęcia, że istnieje osobne stanowisko o takiej nazwie. 

W tym czasie wyjechałam za granicę, w okolice Genewy i od tej pory jestem zawieszona między Francją, Szwajcarią i Polską. Wtedy zdalnie dołączyłam do krakowskiej agencji content marketingowej Brainy Bees i zaczęłam organizować w Genewie meetupy pod polską marką Geek Girls Carrots, aż znalazłam pracę na miejscu. Najpierw w szwajcarskiej firmie Picterra z siedzibą pod Lozanną, która zajmuje się oprogramowaniem do automatycznej detekcji różnych obiektów na zdjęciach satelitarnych i z dronów, a od czerwca tego roku pracuję we francuskiej firmie Forest Admin, która oferuje narzędzie back-office w modelu SaaS, dzięki którym programiści nie muszą skupiać się na budowaniu paneli administracyjnych i innych narzędzi wewnętrznych.

Czy uważa Pani, że studia pomogły Pani w rozwoju kariery?

Magisterskie niespecjalnie, bo nie ukończyłam marketingu, dlatego poszłam na studia podyplomowe – i te już pomogły. Z drugiej strony, kiedy wybierałam się na studia to nikt w moim otoczeniu nie słyszał o product marketingu, community managemencie, czy UX. Dlatego mimo wszystko myślę, że pójście na klasyczne humanistyczne studia nie było złym wyborem i nie ma sensu gdybać co bym zrobiła mając tę samą wiedzę kilkanaście lat temu, bo jest to zwyczajnie niemożliwe.

Czy są jakieś kursy, które by Pani poleciła osobom marzącym o karierze w zagranicznej firmie?

Jeśli chodzi o marketing to wydaje mi się, że dość mało znane w Polsce, a bardzo wartościowe są kursy CXL. Bardziej znane, a też wartościowe i też po angielsku (choć na bardziej podstawowym poziomie) są kursy Hubspota. W temacie product marketingu, amerykański Product Marketing Alliance oferuje certyfikowany program. Niemniej sama regularnie dokształcam się z polskimi kursami – mamy w końcu świetnych specjalistów, kursy są przystępniejsze cenowo, a wiedzy można tak samo używać w zagranicznym kontekście. 

Czy są jacyś polscy marketerzy, których Pani obserwuje, inspiruje się nimi?

Jak najbardziej. Anita Kijanka, Anna Ledwoń-Blacha, Paweł Tkaczyk, Barbara Stawarz-García, Grzegorz Strzelec, Anna Prończuk-Omiotek, Kinga Edwards, Marek Jankowski, Paweł Sala, Michał Sadowski, Gloria Ziencina-Kawula… Mogłabym jeszcze długo wymieniać i z pewnością będę później na siebie zła, że kogoś pominęłam. W polskim marketingu internetowym naprawdę jest się od kogo uczyć. Obserwuję też firmy z branży IT i ich działania content marketingowe, szczególnie NetguruFuture Mind

Czy na co dzień pracuje Pani zdalnie, stacjonarnie czy hybrydowo? Jak wygląda Pani standardowy dzień pracy? Dlaczego tak?

W tej chwili pracuję w 100% zdalnie, tak jak wszyscy pracownicy mieszkający poza Paryżem. Paryska część zespołu pracuje hybrydowo, ale nie ma przymusu powrotu do biura i zasady bezpieczeństwa są traktowane bardzo serio. Dzień zaczynam od krótkiego spotkania z zespołem, a dalsza część dnia zależy od planów i priorytetów, jednak zawsze dużo czasu spędzam na tworzeniu przeróżnych treści – artykułów na bloga, postów w mediach społecznościowych, newsletterów, reklam. Pracuję na stanowisku Product Marketing Managera, które z definicji znajduje się na styku produktu, marketingu i sprzedaży, dlatego często rozmawiam z programistami o nowych funkcjonalnościach, a ze sprzedażą o tym, jacy użytkownicy na nie czekają, jakim językiem do nich mówić. Kiedy tylko mam okazję, chętnie rozmawiam też z samymi użytkownikami o tym, jak korzystają z naszego produktu, co w nim lubią, a co by chcieli ulepszyć. 

Jak pandemia wpłynęła na Pani pracę?

W moim przypadku nie wpłynęła negatywnie – nie pracowałam w branży, którą pandemia dotknęła. Mogę raczej mówić o szczęściu w nieszczęściu, bo znacznie więcej firm otworzyło się na zatrudnianie pracowników w 100% zdalnie. Pracowałam w ten sposób przed pandemią, ale to był wyjątek, nie norma. Teraz mogłam dołączyć do obecnej firmy, chociaż mieszkam kilkaset kilometrów od biura, mogę częściej i na dłużej latać do Polski i jestem bardzo wdzięczna za taką możliwość.

Czy miała Pani pracę wyjeżdżając z Polski, czy szukała jej Pani dopiero będąc na miejscu?

Szukałam na miejscu, cały czas pracując dla polskiej firmy i polecałabym to każdemu, kto wyjeżdża z przyczyn osobistych albo dopiero zamierza szukać pracy. Zderzenie z nowym rynkiem pracy potrafi być bolesne, nieraz trzeba uzbroić się w cierpliwość i mieć plan B. Wadą takiego rozwiązania jest niestety to, że mało czasu zostaje na naukę języka i nawiązywanie lokalnych znajomości, ale ostatecznie najważniejsze jest doświadczenie, a to zdobyte w polskich firmach jest warte bardzo dużo. 

Jak Pani porównuje działania marketingowe, które są prowadzone w Polsce z tymi w Szwajcarii?

Mam wrażenie, że Szwajcaria marketingowo jest trochę do tyłu, szczególnie w e-commerce, działania mają mniejszą skalę. Ostatecznie nie jest to ogromny kraj, na dodatek z trzema dużymi obszarami językowymi, które funkcjonują trochę osobno. Mocno widać specjalizację – ofert pracy w marketingu firm biotechnologicznych, farmaceutycznych, czy sprzedających dobra luksusowe jest więcej niż w Polsce. Więcej podobieństw widzę we Francji, ale szczególnie marketing B2B, w międzynarodowych startupach, wszędzie wygląda podobnie. 

Co najbardziej Panią zaskoczyło w pracy w zagranicznej firmie?

W zasadzie obyło się bez większych zaskoczeń, przez ostatnie lata pracowałam niemal w samych startupach, a to jest środowisko, które wszędzie wygląda dość podobnie. Jeśli coś wygląda w Polsce inaczej (a ten przykład pokazuje jak bardzo na siłę już szukam) to przerwa na lunch. Istnieje co prawda wszędzie, ale w zachodnich krajach jest święta, trwa co najmniej godzinę i jest prawdziwą przerwą – można wyjść do restauracji, na spacer, na basen, ale nie żeby coś załatwić – większość usług również ma przerwę. Umawianie spotkań (chyba że na wspólny lunch) i dzwonienie do kogoś w południe jest bardzo źle widziane. To jest coś, co bardzo polubiłam, nawet jeśli wiąże się z kończeniem pracy odpowiednio później. Nie ma tu parcia, żeby szybko się ze wszystkim wyrobić i biec do domu, chyba wszyscy są przyzwyczajeni do wychodzenia z biura bądź kończenia pracy najwcześniej po 18. 

Wiem, że dość często pojawiają się opinie, że atmosfera w polskich firmach jest gorsza niż w zachodnich, ale to nie jest absolutnie moje doświadczenie. Zarówno w Polsce jak i za granicą miałam wspaniałych szefów i zespoły, wszędzie bywały też gorsze sytuacje. 

Czy może Pani zdradzić, jak wyglądały Pani rozmowy rekrutacyjne do szwajcarskich firm? Czymś Panią zaskoczyły?

Szczerze mówiąc nie widzę większych różnic między krajami, rozmowy o pracę są wszędzie dość standardowe, znacznie większe różnice widać między konkretnymi firmami. Ciekawe jest natomiast, że szwajcarski kodeks pracy jest bardzo liberalny i nastawiony na pracodawców. Pracownika można zupełnie legalnie zwolnić bez powodu i na jego miejsce natychmiast kogoś nowego zatrudnić, a w standardowym szwajcarskim CV powinny się pojawić informacje o stanie cywilnym i liczbie dzieci. Mnie to szokowało i nigdy takich prywatnych informacji nie podawałam, co nie przeszkodziło mi w znalezieniu pracy, ale aplikowałam praktycznie do samych firm międzynarodowych. Od wielu koleżanek słyszałam, że na rozmowach były wprost pytane o plany rodzinne i że zdarza się to znacznie częściej niż w innych krajach, bo jest zupełnie legalne, ale mnie to nigdy nie spotkało. W zasadzie żadnej rozmowy nie wspominam źle – nawet jeśli pracy nie dostałam to sam proces był zawsze profesjonalny i żadna firma nie zostawiła po sobie złego wrażenia. 

Na jakie benefity pracownicze może Pani liczyć?

Wydaje mi się, że w Polsce jest ich więcej. Tu nigdy nie spotkałam się z owocowymi czwartkami, karnetami na siłownię i podobnymi. Nie twierdzę, że nie istnieją, po prostu się nie spotkałam. Można natomiast liczyć na dodatkowe prywatne ubezpieczenie medyczne, dopłatę do biletów komunikacji miejskiej i dodatek za pracę zdalną, który można przeznaczyć np. na biuro coworkingowe, które w ostatnich latach wyrastają jak grzyby po deszczu, albo na cokolwiek innego. 

Co poradziłaby Pani Polakom, którzy chcą pracować zagranicą?

Warto najpierw znaleźć w Polsce pracę w międzynarodowej firmie, w której głównym językiem komunikacji jest angielski. Sama miałam szczęście pracować w trzech takich firmach w samym Krakowie i dzięki temu po pierwsze miałam możliwość poćwiczyć angielski w praktyce, a po drugie nie czułam potem większej różnicy w pracy za granicą. 

Przede wszystkim jednak trzeba pozbyć się kompleksów i wierzyć w siebie. Wiem, że to trąci banałem, ale za granicą jest jeszcze łatwiej o syndrom oszusta, szczególnie gdy na co dzień spotykamy ludzi z całego świata, mówiących biegle w kilku językach. Jednak na całym świecie w content marketingu, PR, UX writingu i podobnych dziedzinach pracuje mnóstwo osób niebędących native speakerami i są oni uznanymi specjalistami. W IT te bariery są jeszcze niższe. Warto o tym myśleć i nie bać się próbować, szczególnie teraz, gdy firmy masowo otworzyły się na pracę zdalną i można zacząć bez przeprowadzki i skakania na głęboką wodę.

Czy jest jakiś kraj, w którym chciałaby Pani pracować?

Chyba nie, bardzo dobrze pracuje mi się teraz we Francji i nie planuję zmian. Inne kraje na razie wolę zwiedzać. 

Jakie Pani zdaniem są różnice pomiędzy Polakami a Szwajcarami? Ma Pani jakieś ciekawe obserwacje socjologiczne?

Unikam generalizowania, szczególnie że Genewa i okolice to międzynarodowy tygiel, w którym łatwo można trafić do firmy, w której Szwajcarzy stanowią kilkanaście procent, albo nawet mniej. Po latach pracy w międzynarodowym środowisku w trzech krajach uważam, że ludzie wcale nie różnią się od siebie aż tak bardzo, a różnice kulturowe to raczej anegdoty. Choć być może to właśnie praca w takim środowisku przyciąga specyficznych ludzi, a ja nie znam tzw. prawdziwej Szwajcarii, Francji, czy Polski (tylko co to znaczy?). Dlatego nie chcę generalizować.

Czy obserwuje Pani działania marketingowe w Polsce? Jeśli tak, to która kampania ostatnio zrobiła na Pani największe wrażenie?

Obserwuję i staram się utrzymywać kontakt z branżą w Polsce, ale siłą rzeczy skupiam się bardziej na “mojej”, B2B, związanej z nowymi technologiami. Tu liczą się raczej długofalowe strategiczne działania i budowanie społeczności, a nie pojedyncze spektakularne kampanie. 

Dziękuję za rozmowę.

Monikę Ambrozowicz możecie też śledzić na Twitterze oraz Instagramie.