Czy jeśli masz wysokie IQ, będziesz zarabiał dobre pieniądze? Pewnie tak, ale to byłoby za proste

Czy jeśli masz wysokie IQ, będziesz zarabiał dobre pieniądze? Pewnie tak, ale to byłoby za proste fot. Roman Samborskyi / Shutterstock.com

Czy nasza inteligencja ma związek z tym, ile zarabiamy? Jak przekłada się nasze IQ na – mówiąc wprost – naszą kieszeń? Sprawa jest skomplikowana. Bo choć ci, którzy mają lepsze zdolności poznawcze, mają większe szanse na finansowe powodzenie w życiu, to dużego majątku nie można sprowadzić tylko do posiadania głowy na karku. 

Kilka tygodni temu media obiegła wiadomość o badaniu na temat związku inteligencji z zarobkami w Szwecji. Niektóre media pisząc o sprawie, twierdziły, że „nie można wnioskować o wysokiej inteligencji na podstawie bardzo wysokich dochodów danej osoby”. Cóż sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana, o czym świadczyć może fakt, że o relacjach zamożności z inteligencją napisano naprawdę wiele artykułów naukowych i książek. Przyjrzyjmy się więc całemu zagadnieniu.

Czym jest inteligencja?

Zacznijmy od dłuższego wstępu na temat tego czym jest cała ta inteligencja i jak ją się mierzy. To nam się naprawdę przyda. I tu już pojawiają się schody, ponieważ wśród badaczy wciąż trwa spór co do jej istoty i co do tego, co właściwie powinno się do niej wliczać. Wbrew temu, co niektórzy sądzą, inteligencja nie jest jedynie „umiejętnością rozwiązywania testów na inteligencję”. Ich wynik całkiem nieźle przewiduje między innymi sukcesy edukacyjne, zarobki (o czym oczywiście będziemy jeszcze mówić), ale również – co interesujące – na przykład prawdopodobieństwo posiadania nieślubnych dzieci. Jeśli inteligencja byłaby tylko umiejętnością rozwiązywania testów na inteligencję, powstałoby pytanie, dlaczego ta umiejętność ma istotne przełożenie na życiowe trajektorie? Prawdopodobnie wyniki rozwiązanego psychotestu, odnoszącego się do tego „jaką pizzą jesteś”, nie mają takich zdolności predykcyjnych. 

Testy na inteligencje mierzą więc coś więcej. 

Richard Nisbett, jeden z badaczy tego zagadnienia, w książce „Inteligencja. Sposoby oddziaływania na IQ” przytacza definicję badaczki Lindy Gottfredson: 

Inteligencja to bardzo ogólny potencjał intelektualny, obejmujący między innymi zdolność logicznego myślenia, planowania, rozwiązywania problemów, myślenie abstrakcyjnego, rozumienia złożonych idei, szybkiego zdobywania wiedzy oraz uczenia się poprzez doświadczenie.

Nisbett zauważa, że badacze są niemal jednomyślni, co do tego, że inteligencja obejmuje zdolność myślenia abstrakcyjnego, rozwiązywania problemów i przyswajania wiedzy. Spora część specjalistów jest również zdania, że elementami inteligencji są również pamięć i szybkość myślenia. W literaturze można też spotkać się ze stanowiskiem, że do inteligencji powinniśmy zaliczyć również… empatię. A to dlatego, że rozumienie emocji innych ludzi pomaga rozwiązywać problemy. Co z kolei jest jedną z cech inteligencji, co do której większość badaczy się zgadza. Richard Nisbett dodaje również, że ponad połowa badaczy w swoich definicjach zawiera także wiedzę ogólną i kreatywność.

I  tu właśnie zaczynają się pewne problemy. Czy przypadkiem nie jest tak, że „wiedza ogólna” jest pochodną tego, o czym i jak się rozmawia w naszych domach i środowisku, w którym dorastamy? A jeśli tak, to inteligencja, przynajmniej w części, byłaby pochodną naszego klasowego pochodzenia.

Jakie są rodzaje inteligencji?

Tutaj można zrobić rozróżnienia na tak zwaną inteligencję płynną i skrystalizowaną. Inteligencja płynna to – jak zwykło się uważać – nasze wyposażenie biologiczne; pewien potencjał intelektualny, z którym się rodzimy. Inteligencję płynną najlepiej powinien mierzyć tak zwany test matryc progresywnych Ravena. Chodzi o te geometryczne figurki, które wielokrotnie widzieliście w różnych psychotestach. Inteligencja skrystalizowana jest z kolei tym, czego się dowiedzieliśmy podczas naszego życia, to wszystkie sposoby myślenia, które opanowaliśmy, wiadomości, zdolności językowe. 

Co ciekawe, nasza inteligencja płynna osiąga szczytowy punkt w okolicach 20. roku życia, później w ciągu życia zaczyna delikatnie opadać.

Nawet osoby, które zawodowo zajmują się myśleniem, nie mogą skutecznie przeciwdziałać temu procesowi. Mogą go jednak w pewnym zakresie kompensować wzrostem inteligencji skrystalizowanej. Ta z kolei może rosnąć do końca życia. 

Słynny wskaźnik ilorazu inteligencji można uzyskać rozwiązując inne niż wspomniany test matryc Ravena. Są to na przykład test skali Wechslera czy skali Stanforda-Bineta. Nazwisko tego ostatniego jest o tyle istotne, że to właśnie Alfred Binet na początku XX wieku stworzył test, który miał pomóc francuskim szkołom identyfikować dzieci niepełnosprawne intelektualnie. Jak jednak pisze Łukasz Lamża w książce „Trudno powiedzieć. Co nauka mówi o rasie, chorobie, inteligencji i płci”, sam Binet opowiadał się za humanistyczną interpretacją wyników opracowanego przez siebie testu. Ten miał pomagać trudniejszym dzieciom w nauce, a nie eliminować je ze szkół, do czego skłaniali się niektórzy późniejsi badacze inteligencji.

O ile w przypadku testów matryc Ravena wykonujemy „tylko” mentalne operacje na pewnych figurach geometrycznych, to zarówno na testy Wechslera jak i Stanforda-Bineta składają się subkategorie, które sprawdzają m. in. i nasze zdolności werbalne, zdolności do mentalnego manipulowania obrazami, dostrzegania podobieństw, znajomości wiadomości czy arytmetykę.

Czym jest iloraz inteligencji?

A skąd nazwa „iloraz inteligencji”? W początkowej fazie rozwoju koncepcji wiele testów było przeprowadzanych na dzieciach. Jeśli dziecko wyprzedzało intelektualnie średni poziom innych dzieci w jego wieku na przykład o dwa lata (wypadało tak, jak średnia dzieci dwa lata starszych) to jego „wiek intelektualny” dzieliło się na wiek metrykalny i mnożyło razy sto. Stąd właśnie „iloraz” w zbitce intelligence quotient.

Wróćmy jeszcze na chwilę do inteligencji płynnej i jej rzekomego trafnego pomiaru przez testy Ravena (geometryczne obrazki). Otóż okazuje się, że przez dziesięciolecia średnie IQ mierzone „Ravenem”… rosło. I to bardzo. Od końca lat 40-stych ubiegłego wieku do roku 2002 średnio w populacji IQ wzrósł o wartość odpowiadającą 27 punktom! Piszę „odpowiadającą”, ponieważ IQ jest dostosowywany do rozkładu wyników w danym społeczeństwie; mediana zawsze wynosi więc 100. Oznacza to, że połowa danej populacji ma iloraz inteligencji większy niż 100, a połowa mniejszy. 

Podobne wzrosty widać też w przypadku testu Wechslera. Efekt ogólnego wzrostu IQ w społeczeństwie nazywany jest efektem Flynna, od nazwiska Jamesa Flynna, jednego z najznamienitszych badaczy Inteligencji. Warto jednak zaznaczyć, że – jak wskazują niektóre badania – w ostatnich latach w niektórych krajach mieliśmy do czynienia z odwróceniem się efektu Flynna.

Pytanie więc jak możliwy jest wzrost inteligencji, zwłaszcza tej płynnej, rzekomo „kulturowo oczyszczonej” w ciągu zaledwie kilku dekad? 

Przecież kilka dekad to za mało, żebyśmy mieli do czynienia z ewolucją biologiczną. Sam Flynn w swojej książce „O inteligencji inaczej” tłumaczy te zmiany… przesunięciami kulturowymi. 

Po pierwsze, od początku XX wieku mieliśmy do czynienia z triumfem edukacji, co skutkowało przemieszczeniem społecznej „mapy mentalnej” z myślenia przednaukowego, czyli kontekstowego, do myślenia „ponaukowego”, czyli abstrakcyjnego. Flynn w swojej książce podaje następujący przykład. Kiedyś człowiek zapytany o to, jaki jest związek między psem i królikiem, mógłby powiedzieć, że psy służą do polowania na króliki. Dzisiaj odpowiedziałby, że i pies i królik to ssaki. Po drugie we współczesne realia silniej wpisany jest komponent kultury obrazkowej: gramy w gry wideo, używamy map, w pracy wymaga się od coraz większej części z nas myślenia abstrakcyjnego i rozwiązywania problemów. To wszystko „wyrabia” pewne zdolności, które później sumują się na efekt Flynna.

Ten rodzaj „społecznego uczenia” pewnych aspektów składowych, badanych przez testy IQ, wyjaśnia również jeden z paradoksów omawianego efektu. Bo jeśli wzięlibyśmy za dobrą monetę to, że mamy do czynienia z realnym wzrostem inteligencji to musielibyśmy również dojść do wniosku, że pokolenie naszych dziadków jest… upośledzone intelektualnie. A jednak często jest tak, że na tematy, o których mamy zbliżoną wiedzę (rzadko, która babcia wie, co to „The Last of Us”) możemy rozmawiać w sposób niezakłócony.

To żeby jeszcze skomplikować: wiemy, że odziedziczalność inteligencji jest naprawdę wysoka.

Bliźniaki jednojajowe (a więc dysponujące mniej więcej takim samym kodem genetycznym), które zostały rozdzielone przy urodzeniu jako dorośli mają bardzo zbliżony iloraz inteligencji. Nieco większy rozjazd jest w przypadku bliźniaków dwujajowych, jeszcze większy w przypadku rodzeństwa, a rodzeństwo adopcyjne wychowywane w tym samym domu różni się od siebie inteligencją niemal w takim stopniu jak dwie przypadkowo wybrane osoby z tłumu na chodniku. Koniec końców w kulturze obrazkowej, w której króluje myślenie abstrakcyjne, inteligentniejsi z nas sprawniej posługują się abstrakcyjnymi pojęciami i manipulują w głowie obrazkami!

Jaki więc inteligencja ma związek z tym, ile zarabiamy?

Po tym przybliżeniu problemu i złożoności kategorii inteligencji wróćmy do jej związku z zarobkami oraz sławnego już badania szwedzkich naukowców. Marc Keuschnigg, Arnout van de Rijt i Thijs Bol sięgnęli do danych z obowiązkowych testów, które muszą przechodzić szwedzcy mężczyźni jako poborowi. Dzięki temu badacze uzyskali próbę prawie 60 tys. osób. I tu warto zasygnalizować pewną rzecz – badania te nie były tożsame z testami na inteligencję! Zawierały one również pewne informacje na temat osobowości potencjalnych rekrutów. Dlatego też w tytule artykułu – „The plateauing of cognitive ability among top earners” – badacze mówią o „zdolnościach intelektualnych”, a nie „ilorazie inteligencji”. 

Co się okazało? Związek między tymi kompetencjami, a płacą istnieje i jest on silny do mniej więcej 60 tys. euro rocznie.

Osoby o wyższych „zdolnościach poznawczych”, zarabiały statystycznie więcej. To zresztą nie jest zaskakujące, związek zdolności intelektualnych i zarobków jest dość dobrze udokumentowany. 

Wspominany już wcześniej Richard Nisbett przytacza analizę, której autor porównywał ze sobą trajektorie życiowe rodzeństwa, gdzie jedno miało inteligencję w okolicach normy (90-109), a drugie cechowało się albo ponadprzeciętną lub bardzo wysoką inteligencją (ponad 120), albo inteligencją niską (80-89) lub bardzo niską (poniżej 80). Analiza uwzględniała tylko osoby, które nie urodziły się w rodzinach ubogich, aby zminimalizować negatywny wpływ niskiej klasy społecznej na osiągnięcia (do tego również jeszcze wrócimy).

Okazało się, że osoby o bardzo wysokim ilorazie inteligencji zarabiały – uśredniając – więcej niż te z wysokim ilorazem. Osoby z wysokim ilorazem inteligencji z kolei zarabiały więcej niż te ze średnim. A te zarabiały więcej niż osoby o niskim IQ. Najmniej zarabiali ludzie o najniższym ilorazie inteligencji.

Wróćmy do badania Marca Keuschnigga i reszty szwedzkich naukowców. To, co jest interesujące, to fakt, że nie ma znaczących różnic intelektualnych między osobami mieszczącymi się w 3 proc. najlepiej zarabiających. Ale do tego miejsca zależność jednak jest widoczna!

Wyżej cytowany fragment „nie można wnioskować o wysokiej inteligencji na podstawie bardzo wysokich dochodów danej osoby”, wprowadza w błąd na dwóch poziomach. 

Po pierwsze, jeśli mówimy o jednostkowych przypadkach, oczywistym jest, że nie możemy wyciągać wniosków o inteligencji konkretnej osoby z jej zarobków. 

Takie rzeczy widać dopiero z pewnego oddalenia; osoba zarabiająca naprawdę dużo może być naprawdę głupia. Chodzi o to, że takich osób w grupie bogatych będzie niewiele. Mniej niż po proporcjonalnie w społeczeństwie. Druga sprawa to już pewien ogląd statystyczny – bardzo wysokie zarobki zazwyczaj świadczą o wysokich zdolnościach poznawczych. Tylko, że zależność ta jest wyraźna do pewnego stopnia. Właśnie do kilku procent najzamożniejszych! Później zaczynają odgrywać rolę inne kategorie, takie jak cechy osobowości, pochodzenie klasowe czy zwykły fuks. O tym zresztą też piszą badacze. 

Zaznaczają oni zresztą, że ich badanie odnosiło się do kategorii zdolności poznawczych, a nie do cech osobowości, czy pewnych wartości kulturowych. A to również one wpływają na nasze powodzenie ekonomiczne. Na przykład w Stanach Zjednoczonych dzieci pochodzenia azjatyckiego wypadają lepiej w testach szkolnych z uwagi na silnie wpajany im komponent motywacyjny. Ba, nawet na sam wynik testu IQ wpływ mogą mieć nasze motywacje!

Szwedzcy naukowcy przywołują inne niezwykle ciekawe badania. Zacytujmy wyniki kilku z nich. Otóż okazuje się, że w przypadku Szwecji mediana zdolności poznawczych prezesów dużej firmy lokuje się w okolicach 83 percentyla. Oznacza to, że połowa prezesów jest inteligentniejsza niż 83 proc. społeczeństwa, a połowa jest… głupsza. Inne badanie mówi o tym, że średni wynik IQ wśród managerów średniego szczebla w krajach rozwiniętych wynosi 111 punktów. Jest to więc więcej niż mediana, ale mniej niż odchylenie standardowe powyżej owej mediany. Odchylenie standardowe to miara rozkładu danych wokół właśnie rzeczonej mediany. Około 68 proc. wszystkich obserwacji (w tym wyników testów IQ) znajduje się w przedziale plus jednego i minus jednego odchylenia standardowego, które dla IQ wynosi około 15. Mówiąc prościej: IQ o wartości 111 oznacza, że dana osoba znajduje się w mniej więcej 20 proc. najinteligentniejszych ludzi. Ale nie w 10, czy w 2 proc.!

Zarobki, IQ i klasa społeczna

W kontekście IQ i zarobków istotne są jeszcze dwie kwestie. Do tej pory w przeważającej mierze skupiałem się na kategorii, nazwijmy ją mikro, indywidualnych zdolności poznawczych. Ale wprowadźmy na koniec do naszych rozważań szersze kategorie. Po pierwsze, na inteligencję ma wpływ klasa społeczna. Po drugie, na zarobki ma wpływ… klasa społeczna. 

Przywoływany wielokrotnie Richard Nisbett twierdzi, że przynależność do danej klasy społecznej – przy tym samym garniturze genetycznym – może „korygować” IQ o około 12-18 punktów. Tak, iloraz inteligencji jest dziedziczny i niewątpliwie mają na niego wpływ nasze geny. Ale geny dają nam tylko pewne „widełki”. Z artykułu naukowego opublikowanego w prestiżowym „Proceedings of the National Academy of Sciences” wynika, że nie istnieje jasna granica między intelektualnymi cechami wrodzonymi i nabytymi. Pamiętacie inteligencję płynną, która rzekomo różni się od tej skrystalizowanej? Chodzi o to, że granica między jedną, a drugą jest trudna do wyznaczenia; zamazuje ją oddziaływanie środowiska, m. in. oddziaływanie naszej klasy społecznej.

To, jak zrealizujemy nasz potencjał, zależy w dużej mierze od naszego otoczenia – od tego jak będzie stymulujące, jak silnie będzie nas motywować. To powiedziawszy warto zaznaczyć, że nie istnieje dowolność kształtowania IQ; nie da się z „przeciętniaka” zrobić absolutnego geniusza. Mówiąc kolokwialnie: zabraknie mu RAM-u, pojemności na dysku i szybkości procesora. Ale przy sprzyjających okolicznościach „średniak” będzie oczytanym, rozsądnym, całkiem kreatywnym specjalistą. Pamiętajmy jednak, że pewnym mirażem jest uważanie, że naprawdę wiele w tej kwestii zależy od naszej determinacji albo od samego otoczenia. Gdybyśmy obstawili opcję skrajnego konstruktywizmu społecznego, nie moglibyśmy wyjaśnić, dlaczego w środowiskach silnie defaworyzowanych również zdarzają się niezwykle inteligentne i zdolne dzieciaki! Oraz dlaczego część osób z bogatych i inteligenckich domów nie zachwyca intelektem.

To teraz ostatnia sprawa: bardziej bezpośrednia rola samej klasy społecznej. Poza tym, że – jak już wiemy – wpływa ona na IQ, to odgrywa rolę w tym, kim się staniemy. 

To z kolei wynika z jej charakteru selekcyjnego. Brzmi zagadkowo? Ma to swoje dwa poziomy. Pierwszy i najprostszy to fakt, że kiedy rodzimy się w odpowiednim miejscu drabiny społecznej, mamy odpowiednich znajomych, znajomych ich znajomych i kapitał w postaci sporych pieniędzy od rodziców na przykład na rozpoczęcie własnego biznesu. Druga sprawa jest już nieco bardziej zniuansowana. Rekrutacja na naprawdę wysokie stanowiska – co zaznaczają cytowani wielokrotnie szwedzcy badacze – ma charakter znacznie mniej zalgorytmizowany niż w przypadku stanowisk średniego szczebla. Inaczej mówiąc – o przyjęciu lub nieprzyjęciu na stanowisko decydują czasem tak subtelne rzeczy jak gust, sprawne poruszanie się po kulturze wysokiej, odpowiedni sposób ubierania się i spędzania czasu.

Poza wyżej wspomnianymi cechami osobowości to właśnie część wyjaśnienia owego zróżnicowania dochodów 3 proc. najzamożniejszych Szwedów. Prawdopodobnie znaczna większość z naprawdę bogatych jest naprawdę inteligentna. Ale po przekroczeniu pewnej bariery na znaczeniu zaczyna zyskiwać to, czy twój szwagier jest znanym fotografem i czy potrafisz odpowiednio rozmawiać o premierze najnowszego spektaklu. No właśnie, potrafisz?

Autor

Dziennikarz piszący o ekonomii i gospodarce. Współtwórca podcastu i kanału na YouTube "Ekonomia i cała reszta". Współpracuje z WP Opinie, Pismem, Miesięcznikiem Znak, Gazetą Wyborczą, Krytyką Polityczną, NOIZZem, Dwutygodnikiem. Autor książek "O kobiecie pracującej" oraz "Zawód". Prowadzi nostalgiczno-podróżniczy projekt "Epicentra dziwności".

Banner kampanii #MisjaZmiana z Krzysztofem Stanowskim i Julką

Czytaj także

Komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Informacje zwrotne w tekście
Zobacz wszystkie komentarze