Czy pieniądze dają szczęście? Zgadnij, ile musiałbyś zarabiać w Polsce, żeby było 10/10

Czy pieniądze dają szczęście? Zgadnij, ile musiałbyś zarabiać w Polsce, żeby było 10/10 fot. eamesBot / Shutterstock.com

Czy pieniądze dają szczęście? Najprostsza odpowiedzią jest „tak, ale”. Naukowcy, badając związek szeroko pojętego dobrostanu z dochodem, zauważyli dużo bardzo dziwnych i niespodziewanych zjawisk. Mimo długich dekad dociekań w literaturze naukowej nadal występują zażarte spory, co do jego natury. 

Zacznijmy od tego, w jaki sposób badacze i badaczki, zajmujący się stykiem ekonomii i psychologii, definiują szczęście. Wydawać by się mogło, że sprawa jest prosta: można po prostu zadawać pytanie „czy jest pan/pani szczęśliwy/a?”. I rzeczywiście taka kategoria ma zastosowanie w badaniach. Ale jest ona raczej mało precyzyjna, co z kolei utrudnia porównania między krajami. A to też istotna kwestia – czy pewne zjawiska są właściwe tylko dla określonych regionów, czy są ponadkulturowe.

Czym jest szczęście i jak je zmierzyć?

Osobą, która wniosła bardzo wiele do badań na temat związków między szczęściem i dochodem, był Hadley Cantril. Stworzył on dziesięciostopniową skalę pomiarową, na której kolejnych szczebelkach umiejscawiają się osoby ankietowane. Najniższy szczebelek to „najgorsze możliwe dla mnie życie”, najwyższy, czyli 10 to „najlepsze wyobrażalne dla mnie życie”. O szczebelkach wspominam niebezpodstawnie, ponieważ skala została nazwana „drabinką Cantrila” i od dekad jest stosowana do mierzenia subiektywnej jakości życia.

Ale drabinka Cantrila to trochę mało. W późniejszych badaniach używa się równie tak zwanej oceny emocji, czy też ewaluacji afektu. Naukowcy i naukowczynie pytają badanych o to jak intensywnie i jak często w dniu lub tygodniu poprzedzającym badanie odczuwali takie emocje jak: radość, gniew, niepewność, rozdrażnienie, jak często się uśmiechali bądź płakali. Odpowiedzi na tak zadane pytania są nieco bardziej obiektywne niż po prostu umieszczenie oceny swojego życia na skali od 1 do 10.

Czy pieniądze dają szczęście?

Warto jednak tutaj zaznaczyć, że możliwy jest pewien konflikt jeśli chodzi o ocenę życia i afekt. Dlaczego? Wyobraźmy sobie bardzo dużo zarabiającego adwokata, który choć często odczuwa stres, to jednocześnie bardzo wysoko ceni sobie swoją pracę. A jako że praca stanowi bardzo ważną część jego życia, to również bardzo wysoko ocenia ogólnie swoje życie. Zapamiętajcie ten wątek, jeszcze do niego wrócimy. Oba kryteria – ocena życia i ewaluacja emocji, czy też afektu – określa się miarą subiektywnego dobrostanu. 

To teraz trochę historii. Wróćmy do Hadleya Cantrila, tego od „drabinki”. Na początku lat 60-tych naukowiec ten przeprowadził wieloletni pionierski projekt badawczy, podczas którego przebadał około 20 tys. osób z 13 krajów o różnym poziomie rozwoju. We wszystkich dostrzegł tę samą prawidłowość: wszędzie ludzie uważali, że więcej pieniędzy da im więcej szczęścia. Nieważne, czy był to mieszkaniec Indii, który zarabiał kilkanaście dolarów miesięcznie, czy obywatel Stanów Zjednoczonych z dochodem 8 tys. dol.

Poza tą uniwersalnością istnieje inna zależność, która raczej nie powinna nikogo zdziwić. Osoby zamożniejsze są z reguły o wiele szczęśliwsze niż osoby biedniejsze.

I widać to zarówno wewnątrz krajów, gdzie ci z grubszymi portfelami są bardziej szczęśliwi niż ci z chudszymi, jak i w porównaniach międzynarodowych. Te społeczeństwa, w których PKB per capita jest wyższe, są średnio bardziej szczęśliwe niż te, gdzie jest niższe.

O zależności tej pisał w 1974 roku w słynnym artykule naukowym „Does Economic Growth Improve the Human Lot?” Richard Easterlin. Tekst ten, będący jednym z najczęściej cytowanych artykułów naukowych w historii nauk społecznych, jest początkiem sporu, który w różnych odsłonach trwa do dziś. Co jest jego kanwą? Jak już pisałem istnieje zauważalna różnica w subiektywnej ocenie dobrostanu między bogatymi, a biednymi. Bogatsi są bardziej szczęśliwi niż biedni. 

Paradoks Easterlina. Szczęście to coś więcej i mniej niż pieniądze

Wiedząc o tym, Easterlin przejrzał dane historyczne z lat 1946 -1970 ze Stanów Zjednoczonych odnoszące się do ogólnego poczucia szczęścia w społeczeństwie. I co się okazało? Że mimo wyraźnego wzrostu gospodarczego, a więc również wzrostu dochodów, w społeczeństwie nie wzrósł poziom szczęścia! Amerykanie – uśredniając – w 1970 roku byli tak szczęśliwi jak w roku 1946! A przecież – jeżeli weźmiemy za dobrą monetę to, że ludzie bogatsi są szczęśliwsi od biedniejszych – Amerykanie powinni wyżej oceniać swoje życie, skoro PKB na głowę w tym kraju znacznie wzrosło. Zjawisko to, zwane jako paradoks Easterlina doczekało się bardzo wielu wyjaśnień. 

Zacznijmy od tego, jak sprawę tłumaczył sam Easterlin. Mówił on o przynajmniej dwóch możliwych powodach wystąpienia tego zjawiska. Pierwszy to dostosowanie aspiracji do dochodu, przez niektórych badaczy zwane również jako „hedonistyczna adaptacja”. Chodzi w tym po prostu o to, że zarabiając coraz więcej, przyzwyczajamy się do kolejnych stopni dobrobytu. Przypomnijcie sobie siebie sprzed dekady. Jeśli nie jesteście naprawdę młodzi i nie mieszkaliście wtedy z rodzicami, to jest wysoce prawdopodobne, że od tamtego czasu wasz status materialny się poprawił. Ale wraz z tą poprawą wzrosły również potrzeby. Szczęście będące prostą pochodną dochodu jest w tej optyce ciągle uciekającym horyzontem. Wyobrażenie przyszłej zamożności pozostaje tylko wyobrażeniem, ponieważ kiedy przychodzą podwyżki, szybko się przyzwyczajamy do wizyt w lepszych knajpach.

Niektórzy badacze wyciągali z tego wniosek, że społeczeństwa „nasycają się szczęściem” w okolicach dochodu, który najwyżej rozwinięte państwa świata osiągnęły mniej więcej w latach sześćdziesiątych.

Wtedy już większość członków społeczeństw z bogatych krajów była wolna od trosk materialnych: miała niezłe mieszkania, ubrania, dobre jedzenie, samochody, mogła sobie pozwolić na urlopy i korepetycje dla dzieci.

Drugim wyjaśnieniem zaproponowanym przez Easterlina są porównania społeczne. Jeżeli nasz poziom szczęścia wraz z bogaceniem się społeczeństwa miałby rosnąć, to istotne byłoby, żeby rósł on również w stosunku do innych. Jeśli – jak mówi badacz – przypływ podnosi wszystkie łodzie o taką samą wysokość, to wydaje nam się, że wcale się nie bogacimy. To dlatego, że osoby od nas lepiej zarabiające wzbogaciły się jeszcze bardziej. A jako ludzie mamy tendencję do patrzenia na tych na górze. 

A więc aby być szczęśliwszymi, musielibyśmy bogacić się w stosunku do innych!

Tylko że z wyżej wspomnianym paradoksem jest taki szkopuł – czego dowodziły pokolenia badaczy młodszych od samego Easterlina – on nie działa we wszystkich krajach. Nie zaobserwowano go między innymi w Wielkiej Brytanii, Włoszech, Danii, Holandii czy Francji. A w jaki sposób jest jeszcze wyjaśniany w krajach, w których został odkryty?

Psychologowie Shigehiro Oishi, Selin Kesebir dodali do danych Easterlina kategorię nierówności. Bo warto powiedzieć, że sam Easterlin zauważał, że poziom dobrostanu w USA, w badanym przez niego okresie, to rósł, to malał. Co się okazało po „nierównościowej” korekcie? Że paradoks w dużej części znika! Poziom szczęścia spadał wtedy, kiedy rosnące PKB było mniej równo dzielone, a rósł wtedy, kiedy nierówności spadały! Żeby zweryfikować swoją hipotezę, Oishi i Kesebir przyjrzeli się również kilkunastu państwom rozwiniętym i kilkunastu krajom rozwijającym się. 

Znów to samo – poziom szczęścia w społeczeństwach rośnie wraz ze wzrostem gospodarczym, kiedy owoce tego wzrostu są równiej dzielone!

Jest jeszcze jedna kwestia, o której warto wspomnieć. A mianowicie tak zwana malejąca użyteczność dochodu. Bo – jak zauważył badacz Ryan T. Howell i badaczka Colleen J. Howell – związek między szczęściem, a PKB jest znacznie wyraźniejszy w krajach mniej zamożnych niż w zamożniejszych. A to dlatego, że w przypadku tych mniej zamożnych niewielki wzrost PKB powoduje bardzo zauważalne zmiany w dobrostanie: powstaje kanalizacja, do domów doprowadzana jest elektryczność, powstają oczyszczalnie ścieków, chodniki i szpitale. Coraz więcej ludzi stać jest na to, żeby przestać palić drewnem w prowizorycznych kuchniach i żeby łatać dziurawe dachy swoich domów. Kraje zamożne wszystkim tym dysponują od dawna. 

Jak zauważają naukowcy, w krajach naprawdę ubogich wzrost PKB oznacza szybki wzrost oczekiwanej długości życia, redukcję niedożywienia, niższą śmiertelność niemowląt mniejszą biedę, lepszą edukację i większy dostęp do usług publicznych. Prawdopodobnie domyślacie się więc, czym jest malejąca użyteczność dochodu. Chodzi o to, że w przypadku, kiedy jesteśmy naprawdę biedni niewielka zmiana w dochodzie przekłada się na bardzo dużą zmianę, jeśli chodzi o nasze funkcjonowanie. 

Jeśli natomiast już jesteśmy bogaci, to kiedy stajemy się jeszcze bogatsi, być może cieszymy się z nowych ubrań, perfum i gadżetów (a naprawdę bogaci z kolejnych supersamochodów), ale nie ma to wielkiego przełożenia na nasz dobrostan. 

Zwiększmy trochę liczbę pikseli w obrazie. Do tej pory przyglądaliśmy się, w jaki sposób wzrost PKB (a więc, przynajmniej teoretycznie, wzrost dochodu) przekłada się na subiektywny dobrostan ludzi. Dodajmy – mierzony głównie drabinką Cantrila lub zbliżonymi skalami. To teraz postarajmy się ustalić ile trzeba zarabiać, żeby być szczęśliwy. 

Ile trzeba zarabiać, aby być szczęśliwym?

Na tak postawione pytanie starali się odpowiedzieć dwaj nobliści, Angus Deaton i Daniel Kahneman. W 2010 roku opublikowali bardzo głośny artykuł naukowy, z którego wynikało, że szczęście można kupić za dochód w wysokości… 75 tys. dol. rocznie w gospodarstwie domowym. Jak badacze do tego doszli?

Pamiętacie, że ekonomiści i psychologowie używają dwóch miar do określenia związku dochodu ze szczęściem? Pierwsza z nich to subiektywna ocena życia (mierzona często drabinką Cantrila), a druga to ewaluacja emocji. Deaton i Kahneman przestudiowali więc dochody i ocenę życia oraz ocenę emocji w Stanach Zjenoczonych. Wyszło im, że o ile ocena życia rośnie wraz z dochodem właściwie bez żadnego punktu plateau, tak w przypadku emocji zatrzymuje się ona właśnie na 75 tys. dol. dla gospodarstwa domowego. Po dodaniu kolejnych zer na koncie nie wzrasta pozytywny afekt; nasycenie szczęściem następuje właśnie we wspomnianym momencie!

O ile wyżej wspomniani badacze przyglądali się tylko Stanom Zjednoczonym, to psycholog Andrew Jebb z grupą badaczy przyjrzeli się danym z całego świata. Aby ustalić związek dochodu ze szczęściem wykorzystali oni dane z Gallupa, który przebadał 1,7 mln ludzi na całym świecie. Jak wyglądają te wartości dla całego globu? W 2018 roku (właśnie wtedy było opublikowane badanie) punkt nasycenia oceny życia przypadał na 95 tys. dol. Punkt nasycenia w przypadku pozytywnych emocji to było około 60 tys. dol. 

Ile trzeba zarabiać w Polsce, aby być szczęśliwym?

Co prawda badacze nie przyjrzeli się konkretnie Polsce, ale całemu regionowi, który określili jako Europa wschodnia i Bałkany (wyróżnili 9 takich obszarów na całym świecie). Ile więc – ich zdaniem – należało zarabiać w naszym regionie, żeby być szczęśliwym? Biorąc poprawkę na inflację i kurs dolara wychodzi nam mniej więcej dochód w wysokości około 20 tys. zł miesięcznie. Właśnie w tym punkcie najwyżej cenimy swoje życie. Jeśli chodzi o liczbę i intensywność pozytywnych emocji punkt nasycenia jest nieco niżej – około 15 tys. zł miesięcznie. 

Warto zaznaczyć, że jest to wartość dla jednoosobowych gospodarstw domowych. Później – jak zauważa Jebb i reszta – pogarsza się zarówno ewaluacja emocji, jak i ocena życia. Dlaczego tak się dzieje? Naukowcy stawiają hipotezę, że wynika to z faktu, że aby więcej zarabiać musimy być niemal ciągle w pracy. A to z kolei ogranicza nasze kontakty z bliskimi i przyjaciółmi, co jest jednym z istotniejszych korelatów szczęścia.

Jednak w 2021 roku pojawia się praca naukowa Matthew Killingswortha, która pokazuje, że… nie istnieją żadne punkty nasycenia! Skąd takie wnioski? Wspomniani Deaton i Kahnemant jak i Jebb z grupą badaczy posługiwali się danymi sondażowymi z Gallupa. Killingsworth natomiast wykorzystał specjalną aplikację, która zadawała każdemu z ponad 30 tys. badanych kilkadziesiąt pytań o ocenę ich emocji. Pytania „zaskakiwały” badanych w kinie, na zakupach, podczas jedzenia, spaceru z psem, czy w pracy. Do tego przynajmniej jedno pytanie dotyczyło oceny ich życia. 

Okazało się, że przy użyciu tak precyzyjnego instrumentarium badawczego nie ma żadnych punktów nasycenia, nie ma żadnych efektów plateau! Jest tylko wzrost szczęścia i wzrost pozytywnego afektu. 

Killingsworth tłumaczy to w sposób prosty – im jesteś bogatszy, tym masz więcej kontroli nad swoim życiem. W kapitalizmie to za pieniądze kupuje się wolność od trosk.

Jest jeszcze jedna rzecz, co do której większość badaczy jest zgodna: materialiści są zazwyczaj mniej szczęśliwi niż nie materialiści. To rada z perspektywy indywidualnej – jeśli zależy ci na szczęściu, lepiej nie upatruj go w (dużych) pieniądzach. Perspektywa instytucjonalna i polityczna jest nieco inna: dbaj o to, aby owoce wzrostu były równiej dzielone. Z możliwie silnym „ekonomicznym dowartościowywaniem” najbiedniejszych. Bo to oni najbardziej odczuwają podwyżki. 

Autor

Dziennikarz piszący o ekonomii i gospodarce. Współtwórca podcastu i kanału na YouTube "Ekonomia i cała reszta". Współpracuje z WP Opinie, Pismem, Miesięcznikiem Znak, Gazetą Wyborczą, Krytyką Polityczną, NOIZZem, Dwutygodnikiem. Autor książek "O kobiecie pracującej" oraz "Zawód". Prowadzi nostalgiczno-podróżniczy projekt "Epicentra dziwności".

Banner kierujący do e-booka:

Czytaj także

Komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Informacje zwrotne w tekście
Zobacz wszystkie komentarze