L4 na żądanie. Dobre rozwiązanie dla chorych Polaków?
zwolnienie chorobowe
fot. Unsplash.com / Sander Sammy

L4 na żądanie ma ułatwić Polakom życie. Nowy pomysł to sposób na długie kolejki do lekarzy

Minister Zdrowia Adam Niedzielski poinformował o ponad 306 tys. infekcji i podejrzeniach infekcji grypowych. A jest to raptem jedna z dolegliwości, z którymi mierzymy się na co dzień, kiedy temperatury za oknem niebezpiecznie zbliżają się do zera stopni. Następstwem tego stanu jest masowy szturm chorych na placówki medyczne, które wręcz pękają w szwach. W wielu przypadkach oprócz konsultacji chodzi przede wszystkim o wystawienie odpowiedniego zaświadczenia, które pozwoli nam w obliczu niedyspozycji wybielić się w oczach pracodawcy.

Zdrowego leczyć nie trzeba. Z tym przysłowiem z pewnością zgodzą się lekarze pierwszego kontaktu, którzy w sezonie jesienno-zimowym zmagają się z ogromnym obłożeniem swoich gabinetów. W przypadku pominięcia zapisów do nadprogramowej puli o 7 rano, pacjentom potrzebującym dostać się do lekarza pozostają najbliższe terminy wizyt w odległości 3-5 dni. Można by dyskutować z tym, że odrobina cierpliwości jeszcze nikogo nie zabiła, jednak w przypadku konsultacji medycznej ta wizja przestaje być zbyt odległa. Z propozycją rozwiązania wyszedł prezes Naczelnej Rady Lekarskiej, Łukasz Jankowski. Jego inicjatywa sugeruje powielenie schematu przypominającego ten w Niemczech poprzez wprowadzenie możliwości wzięcia urlopu zdrowotnego na żądanie.

Dlaczego może nam być potrzebne L4 na żądanie?

Być może pandemia Covid-19 nie daje nam się we znaki już w takim stopniu jak w pierwszych miesiącach. Niemniej rok 2020 zmienił spojrzenie całego świata na temat zdrowia. Objawy, które kiedyś byśmy zbagatelizowali, obecnie stanowią powód do niepokoju. Chociaż w niektórych przypadkach takie podejście może zostać odczytane jako przejawy hipochondrii, na zdrowie trzeba wyjątkowo uważać. Troszcząc się o nie już w młodym wieku, na starość sobie podziękujemy za rozwagę.

Nie każdemu jednak taka nadgorliwość się uśmiecha. Chociaż lekarze robią, co mogą, kolejki do nich rosną w zatrważającym tempie. Powodem nie jest wyłącznie przewrażliwienie, lecz przede wszystkim sezon jesienno-zimowo ze wzmożoną podatnością na infekcje. Grypa, Covid oraz przeciętne przeziębienia zbierają swoje żniwa. W rezultacie bez względu na to, jak pilna jest nasza sytuacja zdrowotna na konsultację z internistą trzeba często czekać powyżej trzech dni. Potencjalnie pozostaje opcja zatelefonowania w malignie do przychodni o 7 rano, żeby załapać się na dodatkową pulę. W większości placówek jednak nawet wtedy linia jest tak obłożona, że zanim nasze połączenie doczeka się odzewu, miejsc już zwyczajnie nie będzie.

Propozycja L4 na żądanie według prezesa NRL

Owa sytuacja nie przeszła na szczęście bez echa w oczach odpowiednich organów państwowych. Ostatnio trafiła ona na warsztat Łukasza Jankowskiego, prezesa Naczelnej Rady Lekarskiej. Mężczyzna wyszedł z inicjatywą, która opiera się na modelu występującym dotychczas w niemieckich landach i szwajcarskich kantonach. Chodzi mianowicie o możliwość zgłoszenia w swoim miejscu pracy L4 na żądanie bez konieczności uprzedniej konsultacji lekarskiej. Przedstawiona na antenie Polsatu News koncepcja doczekała się grona zwolenników, lecz również okrzyków niezadowolenia. Oczywiście, z pewnością wiele jej elementów powinno zostać jeszcze dokładniej przeanalizowanych. Warto natomiast pamiętać, że jest to dopiero nieformalna propozycja, której wdrożenie do polskiego systemu opieki zdrowotnej może potrwać jeszcze przez długi czas. Do tego czasu najprawdopodobniej upłynie jeszcze wiele zim, a wraz z tymi zimami sezonów zwiększonej zachorowalności.

Przeciwwskazania względem L4 na żądanie – nie tylko te medyczne

Uwaga na oszustów!

Jako największą bolączkę tego pomysłu przedstawia się standardowo kwestię uczciwości. Szczególnie, iż nawet zwolnienia lekarskie w klasycznym formacie częstokroć są nadużywane dla prywatnych korzyści.

Jak zaznaczył w rozmowie z Super Expressem Mikołaj Zając, ekspert rynku pracy:

W praktyce pracownicy zyskaliby zatem dodatkowe 4 dni urlopu.

W końcu kto z nas choć raz nie spotkał się ze „złotą radą”, żeby na niesprawiedliwe traktowanie ze strony pracodawcy lub nadmiar obowiązków odpowiedzieć niepodważalnym drukiem z czwórką w tytule? Co więcej, skoro takie zjawisko już ma miejsce, to czy umożliwiając jego praktykowanie w innej formie nie redukujemy chociaż części problemu? Udowodnienie komuś danego samopoczucia graniczy praktycznie z niemożliwością. Bowiem oprócz tych banalnych do zdiagnozowania dolegliwości jak kaszel czy podwyższona temperatura mierzymy się ze znacznie większą złożonością człowieka. Problemy natury psychicznej, odczuwany ból czy osłabienie mogą być tylko czubkiem góry lodowej schorzeń. Zaobserwowanie ich gołym okiem bez odpowiedniego doświadczenia w tym temacie jest praktycznie niewykonalne.

Zatem zamiast stawać okoniem przeciwko raptem propozycji rozwiązania, warto zastanowić się nad możliwościami jego doszlifowania. Nie opędzimy się od oszustów, wykorzystujących luki prawne dla swoich celów. Jesteśmy natomiast w stanie zastanowić się nad sposobem ich działania i oszacować, czy w takim razie nie są to osoby, które dalej trwałyby przy sprawdzonych metodach. Wszakże, gdyby przykładowo limit zwolnienia chorobowego na żądanie był ograniczony, to czy kanciarzom opłaca się jego wykorzystywanie w pierwszej kolejności? Podobnie w sytuacji, jeśli wiązałby się z niższym poziomem wynagrodzenia w tych dniach niż powszechnie znane 80 proc. na „klasycznym” zwolnieniu. Szczególnie, że nawet obecnie dla wielu osób argument ograniczenia zarobków na przestrzeni kilku dni staje się motywacją do jednak „przemęczenia się” w pracy.

Przecież nic mi nie będzie!

Poważniejszy frasunek powinna natomiast stanowić kwestia naszego zdrowia. Gdy w grę wchodzi bezpieczeństwo dzieci, rodzice potrafią gnać do lekarza z najdrobniejszym zadrapaniem. Szkoda, że w dorosłym życiu nie potrafimy podejść równie poważnie do własnego samopoczucia. Boimy się podjąć obowiązku odpoczynku w obliczu choroby, bo przecież kto nas w tym czasie zastąpi? Przecież przez te kilka dni będziemy stratni finansowo, zamiast tego wystawiając się na ryzyko popełnienia błędu, który może skutkować nawet wielomilionowymi stratami. Szansa powołania się na L4 na żądanie być może zredukowałaby nieodpartą potrzebę pracy przy jednoczesnym przechodzeniu grypy.

Jest jednak również druga strona medalu. „Chorowanie na żądanie” mogłoby skutkować tym, że nawet pomimo potencjalnie wyludnionych terminarzy wizyt u internistów, ludzie nie zdecydują się na skierowanie do nich. Nagminnie zdarza się, że ludzie pracy, a zwłaszcza ci na wysoko postawionych stanowiskach, decydują się lekceważyć niepokojące objawy bez ich konsultacji medycznej. Wmawiamy sobie, że „to tylko kaszel”, podczas gdy w rzeczywistości rozwija się w nas już poważne zapalenie płuc. Ból głowy można stłumić proszkami, zamiast zastanowić się, że może być nawet wczesnym symptomem zmian rakowych w naszym organizmie.

Nawet jeśli Internet oferuje nam ogrom wiedzy dotyczącej objawów poszczególnych schorzeń, nie zastępuje on wieloletnich studiów medycznych. L4 na żądanie powinno być stosowane jako środek doraźny. Substytut pozwalający nam na doczekanie w domowym zaciszu terminu swojej wizyty u lekarza. W żadnym razie natomiast nie może nam zastąpić konsultacji medycznej. Kiedy organizm daje nam wyraźne sygnały, że coś się z nim dzieje, trzeba reagować!

L4 na żądanie jako depozyt zwolnienia?

Warto zwrócić uwagę, że prezes NRL przedstawił także alternatywną koncepcję. Polegałaby ona na wprowadzeniu stanowiska asystenta medycznego. Jego rolą byłoby odciążenie lekarzy od spraw biurokratycznych i pozwolenie im na skupienie się na wiodącej funkcji – leczeniu. Jest to propozycja w dalszym ciągu pozostawiająca wiele do życzenia. Niemniej powinna zostać odebrana jako przestrzeń do dyskusji nad potencjalnymi rozwiązaniami problemu.

Być może połączenie proponowanych idei lub też pewne usprawnienie ich pozwoliłoby nam na znalezienie złotego środka. Przy trudnościach z pozyskaniem dodatkowego personelu medycznego, pewną opcję stanowiłoby rozszerzenie uprawnień pielęgniarek i pielęgniarzy. Również zamiast ograniczać się do uznawania L4 na żądanie jako pełnoprawnego zwolnienia można by potraktować je jako formę „depozytu”. Pozwoliłby on pracownikom nie gnać na złamanie karku do lekarza, żeby tylko wytłumaczyć swoją nieobecność przełożonemu. Na spokojnie przeczekaliby oni pierwszy etap infekcji i potwierdzili przebycie choroby w bardziej sprzyjającym terminie. Nasza wyobraźnia i zdolność do odnajdywania solucji jest praktycznie nieograniczona. Grunt to trafnie zdiagnozować problem i rzeczywiście wystąpić z ambicją jego usunięcia.


Źródło zdjęcia głównego: Unsplash.com /Sander Sammy