Jak wpłynąłby na ciebie 4-dniowy tydzień pracy? Są dowody, że świetnie, na twojego szefa również

Jak wpłynąłby na ciebie 4-dniowy tydzień pracy? Są dowody, że świetnie, na twojego szefa również fot. Ground Picture / Shutterstock.com

Czwartek to mały piątek. Czemu więc w dalszej perspektywie nie miałby przejąć jego roli? Przynajmniej według badaczy z Texas A&M University, którzy ostatecznie potwierdzili, że piątkowe popołudnia to czas w tygodniu, kiedy wykazujemy się szczytową bezproduktywnością.

Popołudniami lub w piątek nasz zapał do pracy drastycznie spada. Nie jest to żadna tajemnica. Następnym razem jednak, kiedy szef zarzuci nam, że jest to wynikiem zwykłego lenistwa, warto powołać się na badania przeprowadzone przez Texas A&M University. Wynika z nich, że nie jest to wyłącznie nasza indywidualna cecha, a zjawisko powszechne u blisko 789 pracowników z amerykańskiego koncernu energetycznego. A tym przecież nie powinno brakować powera!

Produktywność i 4-dniowy tydzień pracy. Rzeczywistość to najlepsze laboratorium

Mierzenie intensywności pracy nie jest wcale prostym zadaniem. Szczególnie, kiedy mamy do czynienia z pracą biurową. Zazwyczaj nie ma ona bowiem przełożenia na bezpośrednie fizyczne efekty w postaci produktów. Jednym z rozwiązań może być obserwacja pracowników w trakcie wykonywania zadań. Jednak jest to już sama obecność badaczy jako obserwatorów może znacząco odmienić wynik eksperymentu. W fizyce owe zjawisko nazywane jest efektem obserwatora. Bądźmy jednak szczerzy, kto z nas czułby się w pełni komfortowo, gdyby sztab naukowców stał mu za plecami monitorując każdy ruch myszką? Nic zatem dziwnego, że zachowanie pracowników dalece wykraczałoby ponad przyjętą przez nich normę.

Natomiast często wykorzystywane badania ankietowe również są nieuchronnie obarczone błędami ze względu na różnice pomiędzy subiektywnym postrzeganiem świata przez respondentów, a stanem faktycznym. W końcu, czy wszyscy nie jesteśmy w swojej pracy niczym mitologiczny Atlas z trudem dźwigający na barkach dobrobyt firmy? Celem przezwyciężenia tych problemów, badacze zajmujący się tą dziedziną często muszą posuwać się do bardziej kreatywnych metod. W wielu przypadkach wykorzystują dostępne już dane gromadzone przez firmy w ramach tak zwanych eksperymentów naturalnych. Zanim zatem oburzymy się, gdy nasz pracodawca postanowił spontanicznie wprowadzić stosowanie programu monitorującego efektywność, zastanówmy się, czy przypadkiem nie robi tego dla dobra nauki.

Dla Texas A&M University okazja pojawiła się sama

Nie od dziś pracodawcy używają programów monitorujących aktywność na komputerach swoich podwładnych. Działo się to na długo przed pandemią i spopularyzowaniem pracy zdalnej. Podobno nie zawsze wynika to z manii kontroli i potrzeby ciągłego mikrozarządzania. Czasem mają ku temu różne wartościowe motywacje, takie jak pomiar zaangażowania, ocena wydajności pracowników lub ochrona wrażliwych informacji.

W dłuższej perspektywie mogą wytworzyć również obszerne i ciekawe dla naukowców wolumeny danych. Zawarte w nich spisy godzin spędzonych przed komputerem, liczby napisanych słów oraz kliknięć okazały się być na wagę złota dla badaczy z Texas A&M University. Zespół pod nadzorem doktorów Tayehuna Roha i Marka Bendena uzyskał dwuletnie logi dla 789 pracowników dużego przedsiębiorstwa energetycznego. To musiało dać im niezłego kopa do działania! Dane zostały zebrane od początku stycznia 2017 roku do końca grudnia 2018 roku. W owym czasie wszyscy pracowali w trybie stacjonarnym. Ze względu na poufny charakter danych, firma została zanonimizowana. Możemy jednak śmiało zakładać, że znajdowała się ona w Stanach Zjednoczonych. Chociaż poszczególne programy monitorujące kładą nacisk na inne obszary aktywności, w tym przypadku użyto RSIGUARD. Sprawdzał on łączny czas aktywności każdego z pracowników, wpisywane znaki oraz wykonywane ruchy myszką.

Wyniki badania Texas A&M University: 4-dniowy tydzień pracy i produktywność

Wyniki uzyskane przez Texas A&M University naprawdę nie napawają zdumieniem. Identyczne dane zapewne odnotowała u swoich podopiecznych większość menedżerów wykorzystując wyłącznie metody empiryczne. Dzięki naukowemu potwierdzeniu piątkowy spadek produktywności przestał być wyłącznie tanią wymówką, a stał się faktem. Badania wykazały, że pracownicy firmy energetycznej tracili powera każdego dnia w godzinach popołudniowych. W piątek po południu jednak stan nicnierobienia osiągał swoje apogeum. Bazując na słowach wprowadzanych przez pracowników do systemu, w piątek po południu pisali o 19,1 proc. słów mniej niż w inne dni tygodnia. Wyniki zostały przedstawione w postaci wykresu zawierającego średnią geometryczną liczby wpisanych słów w zależności od dnia tygodnia. Może po prostu pracowali zwięźle, unikając kwiecistej mowy i opisów rodem z „Nad Niemnem”, starając się wyrobić ze wszystkimi zadaniami przed weekendem.

Nie zawsze długość jest najważniejsza

Jednocześnie robili oni też tylko o 1,65 proc. literówek więcej. Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że to niezły wynik. Należy jednak pamiętać, że liczba literówek była porównywana względem pozostałych dni tygodnia, nie zaś zmniejszonego o niemal ⅕ zasobu słów. Gdyby zatem zestawić błędy względem piątkowego wolumenu treści, to pracownicy popełniali aż o 21,6 proc. więcej literówek wobec liczby napisanych słów. Pan Spinacz i Copilot natomiast z pewnością nie narzekają na bezczynność.

Warto jednak zwrócić uwagę też na sposoby flagowania treści przez programy komputerowe. Wielu z nas zapewne miało nie raz okazję zirytować się, gdy komputer zaznaczał na czerwono poprawnie napisany materiał. Może to się tyczyć nazw własnych, nader poetyckiej mowy, archaizmów czy niestandardowej deklinacji. A już na pewno niecodziennych nazwisk, więc osoby sygnujące się nimi raczej powinny unikać automatycznej korekty błędów. Badania opierają się jednak na ilości wyników oznaczonych jako błąd, nie zaś ich weryfikacji. Jeżeli zatem w porze piątkowego lunchu zbierało się firmowe kółko literackie, wyniki są w pełni uzasadnione. Chyba rozkojarzenie i zmęczenie organizmu są jednak bardziej prawdopodobnym scenariuszem. Z racji, iż coraz więcej przedsiębiorstw dostrzega je również na swoim podwórku, w ostatnich latach toczy się debata publiczna nad znalezieniem rozwiązań owego problemu.

Jakie rozwiązania na podwyższenie produktywności proponują naukowcy z Texas A&M University?

Przechodząc do dyskusji otrzymanych rezultatów, eksperci zwracają uwagę, że istnieją metody pomagające zapobiec spadkowi produktywności pracowników ze względu na zmęczenie. Mianowicie, chodzi o alternatywne formy pracy dla pełnego etatu w trybie stacjonarnym. Do sugerowanych strategii zalicza się przykładowo możliwość pracy zdalnej w ostatnim dniu tygodnia, żeby ograniczyć piątkowe wyczerpanie organizmu. Niektóre przedsiębiorstwa poszły nawet o krok dalej, regularnie skracając czas pracy w piątki lub pozwalając pracownikom na złapanie odrobiny luzu w tych ostatnich godzinach przed weekendem.

Przysłużyć może się również redukcja ilości godzin pracy w całym tygodniu w formie tak zwanego skompresowanego czasu pracy. Pozwala to na ograniczenie zmęczenia oraz niepotrzebnych spotkań i rozpraszaczy, w rezultacie pozwalając na bardziej efektywne wykorzystanie pozostałego czasu. Naukowcy z Texas A&M University powołują się na przykład japońskiego oddziału informatycznego firmy Microsoft, który skrócił czas pracy o 10 proc. wszystkim swoim 2300 pracownikom. Oczywiście przy zachowaniu takiej samej płacy i innych warunków. W ciągu pięciu tygodni po skróceniu, ich produktywność wzrosła aż o 40 proc a zużycie prądu spadło o 23 proc. Nawet korygując o krótszy czas pracy oznaczało to o ponad jedną czwartą większą produkcję przy jednoczesnej redukcji wydatków na energię.

Chociaż jest możliwe, że był to również po części efekt początkowego entuzjazmu po decyzji, wyniki są bardziej niż zachęcające. Oczywiście należy pamiętać iż skala korzyści może się różnić w zależności od uwarunkowań kulturowych, branży oraz innych idiosynkratycznych cech zakładów. Dlatego wciąż potrzeba więcej przykładów i replikacji.

4-dniowy tydzień pracy. Korzyści ze skompresowanego czasu pracy

Krótszy czas pracy, czy to w formie skompresowanego dnia, czy też chociażby czterodniowego tygodnia pracy oznacza większy dobrobyt pracowników i lepszą produktywność godzinową. Ograniczając się do konkretnej liczby godzin potrzebują oni poświęcić więcej uwagi wykonywanym zadaniom. Odpada zatem bezproduktywne wpatrywanie się w monitor, kiedy już przegrzewają nam się wszystkie styki w mózgu. Jest to w gruncie rzeczy porównywalne do zadaniowego trybu pracy, wymaga jednak właściwego zarządzania nie tylko zespołem, lecz również pracą własną u każdego z osobna. Ponadto, mając więcej czasu na odpoczynek i regenerację zatrudnieni są zwyczajnie bardziej wypoczęci i w lepszym stanie zdrowia. Pożar zażegnany?

Oczywiście należy pamiętać, iż te dobroczynne efekty balansują się z krótszym ogólnie czasem pracy. Wyższa produktywność godzinowa nie oznacza zatem, że pracownik da radę wykrzesać z siebie dwa razy więcej niż w normalnych okolicznościach. Produkcja jest iloczynem produktywności i przepracowanego czasu, tak więc poniżej pewnego poziomu godzin to efekt ograniczenia czasu zacznie przeważać i całkowita wykonana ilość pracy zacznie się zmniejszać. Chcąc osiągnąć odpowiednie korzyści firma powinna więc drobiazgowo wyznaczyć optimum. Niestety, na przeszkodzie ku temu stoi wiele czynników. Chociażby fakt, iż redukcja godzin pracy często wiąże się z niższymi zarobkami. W przypadku zmniejszenia wymiaru etatu pracodawcy nie chcą skorygować stawki, nawet jeśli praca jest w efekcie bardziej intensywna. To nie jest promocja dwa w cenie jednego. Ponadto, osoby pracujące krócej niż standardowy 40-godzinny etat często są niesłusznie postrzegane jako leniwe przez współpracowników i ogół społeczeństwa. W końcu co robią z pozostałym czasem? Odpoczywają? Otóż to!

Czy skrócenie czasu pracy ma szansę zaistnieć?

Z odpowiednim nastawieniem można jednak przezwyciężyć każdą z barier. Historia obrazuje, iż społeczno-ekonomiczne zmiany tego typu są jak najbardziej możliwe. Dla XIX-wiecznych pracowników wyrabiających 60-godzinne tygodnie pracy lub tych z 46-godzinnymi podczas dwudziestolecia międzywojennego, już nasze 40 godzin było odległą mrzonką. A jednak obecnie jest ogólnie panującym standardem, który wydaje nam się równie naturalny jak fakt, że woda jest mokra a niebo jest na górze. Być może w przyszłości czeka nas kolejna redefinicja standardowego czasu zatrudnienia, dzięki której upieczemy dwie pieczenie na jednym ogniu. Będziemy pracować bardziej produktywnie, jednocześnie uzyskamy więcej czasu i przestrzeni na życie poza pracą.

Redaktorka

Z wykształcenia filolog języka francuskiego, jednak od najmłodszych lat emocjonalnie związana z dziennikarstwem i działalnością literacką. Interesuje się szerokim wachlarzem tematycznym, zaczynając od kwestii językowych, kulturowych i społecznych, poprzez finanse i ekonomię, aż po naukę i prawo. Można powiedzieć, że w życiu podąża za iście renesansową definicją bycia "humanistą".

Banner kierujący do e-booka:

Czytaj także

Komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
1 Komentarz
najstarszy
najnowszy oceniany
Informacje zwrotne w tekście
Zobacz wszystkie komentarze