Nie tylko pisk kredy po tablicy. Dlaczego pewne dźwięki nas prześladują i jaki udział w tym ma mizofonia?

Nie tylko pisk kredy po tablicy. Dlaczego pewne dźwięki nas prześladują i jaki udział w tym ma mizofonia? fot. ViDI Studio / Shutterstock.com

Mizofonia jest zjawiskiem stosunkowo niszowym. Mimo iż według badań może cierpieć na nią niemal jedna na pięć osób. Dlaczego cierpieć? Ekspozycja na wybrane dźwięki nie powoduje w mizofoniku wyłącznie subtelnej frustracji, lecz doświadczenie bardzo silnych reakcji emocjonalnych. Poczucie bezradności czy tłumiona furia – to mogą być efekty absolutnie przyziemnych czynności, takich jak mlaskanie przy jedzeniu. Być może zatem współpracownik z sąsiedniego biurka wcale nie czepia się nas bez powodu, gdy znowu w zadumie wracamy do klikania długopisem.

Zostań najlepszym opiekunem Uszatego! 🐶

Aplikuj

Drapanie paznokciami po tablicy, dyskretnie kapiący kran, a może gardłowy śpiew tybetańskich mnichów – każdego może drażnić inny dźwięk. Z reguły jednak zagryzamy zęby i jakoś sobie z tym radzimy. Zresztą, jak często zdarza się, żeby ktoś nam przygrywał na syrindze? Szczególnie w „bezpiecznej przystani„, jaką powinno stanowić biuro. Dla pewnej grupy pracowników zakres ten niebezpiecznie się jednak rozszerza. A dźwięki, które mogą co najwyżej irytować, zaczynają przekształcać się w prawdziwy koszmar na jawie i pułapkę bez wyjścia.

Czym jest mizofonia?

Mizofonia pochodzi od greckich słów misos – nienawiść i phonia – dźwięk. Nie oznacza bynajmniej nienawiści do każdego dostępnego brzmienia a wyłącznie wybranej grupy, na którą mizofonicy reagują z wybitną nadwrażliwością. Właśnie to zróżnicowanie akustyczne stanowi główny czynnik odróżniający ją innego zaburzeni, fonobii, czyli nadwrażliwości słuchowej. W tym przypadku bowiem czynnikiem drażniącym są dźwięki o stałych właściwościach fizycznych.

Zasięg mizofonii jest natomiast niemal nieograniczony i dla każdego może oznaczać coś innego. Nie ma znaczenia, czy dźwięki są naturalne czy też sztuczne. Mogą pochodzić zarówno od sprzętów, jak i ludzi. Ten ostatni czynnik uznawany jest za najpopularniejszy. Co ciekawe, najczęściej mizofonię wywołuje mlaskanie. To jednak nie oznacza, że wystarczy omijać jadalnię szerokim łukiem, żeby dalej wieść spokojne życie. Nawet bezcenna rada, żeby przeprowadzić się na wieś, całkowicie nie wyklucza istnienia problemu. W końcu bodźcem mogą być nawet wdzięczne trele ptasząt lub miauczenie bezpańskiego kota. Czy jednak każda nerwowa reakcja na subtelne hałasy w otoczeniu świadczy o występowaniu owego zaburzenia?

Statystycznie, twój sąsiad może być po prostu mizofonikiem

Gdyby się zastanowić, ile osób w naszym otoczeniu skarży się na nadwrażliwość na wybrane dźwięki? Kiedy przyjeżdżają w gości, nie są w stanie przebywać w jednym pokoju z tykającym zegarem, albo wolą nawet gotować się w upale, byle tylko nie otwierać okna od strony placu zabaw? Chociaż o tym zjawisku słyszy się coraz częściej już od lat 90., wciąż pozostawia ono wiele pytań i wątpliwości.

Innowacyjne badania brytyjskiego King’s College

W marcu bieżącego roku, naukowcy z brytyjskiego King’s College opublikowali wyniki przełomowych badań w zakresie mizofonii. Podczas gdy wszystkie wcześniejsze oceny przyglądały się jej występowaniu w poszczególnych grupach społecznych, takich jak na przykład studenci, po raz pierwszy sprawdzono szeroką kohortę 768 osób o reprezentatywnych cechach demograficznych. Tylko w ten sposób można było skwantyfikować skalę problemu. Warto zauważyć, że niemal wszyscy ankietowani odczuwali pewien dyskomfort przy nieprzyjemnych dźwiękach. Mizofonię zdefiniowano jednak na podstawie jego wysokiej intensywności. Wyniki są zatrważające. Aż 18 proc. Brytyjczyków cierpiało na silne objawy związane z obecnością uciążliwych brzmień. W próbie nie stwierdzono różnic w zależności od płci, lecz zauważono inną ciekawą tendencję. Na mizofonię częściej skarżyły się osoby w nieco młodszym wieku. Choć różnica średniego wieku nie była wysoka – wynosiła zaledwie 3 lata – okazała się statystycznie znacząca.

W drugim etapie badacze poprosili 26 osób z cierpiących na mizofonię, by podzieliły się swoimi odczuciami w dokładniejszym badaniu fokusowym. W odpowiedzi na uciążliwe dźwięki nie odczuwali jedynie irytacji, lecz doświadczali także silnych reakcji emocjonalnych oraz poczucia istnej bezradności lub irytacji, graniczącej wręcz z agresją. Udrękę często pogłębiał fakt obwiniania się o zbytnie przejmowanie się z pozoru błahymi stresorami. Wielu badanych przyznało, że rezygnują z poszczególnych aktywności, jeśli wiedzą, że będą wiązały się z odbiorem nieprzyjemnych dźwięków. Chociaż wyniki badań dotyczyły Brytyjczyków, mogą być w pewnym stopniu uogólnione na inne kraje i kultury. Oczywiście, wymaga to zachowania odpowiedniego marginesu błędu i wzięcia pod uwagę lokalnych warunków. Tym niemniej możemy ze sporą dozą pewności stwierdzić, że niemal jedna na pięć osób może cierpieć na dotkliwe odbieranie irytujących dźwięków. Pamiętajmy o tym następnym razem, gdy na „delikatne podgłośnienie” muzyki nasz złośliwy sąsiad ponownie odpowie biciem w rurę kaloryfera.

Jak mizofonia odbija się na życiu zawodowym?

Życie biurowe przepełnione jest intensywnymi dźwiękami. Notoryczne stukanie w klawiaturę, aktywnie wyrzucająca z siebie kartki drukarka, prężenie generujący co raz to nowe porcje kawy ekspres w sąsiednim pomieszczeniu, kasłanie, kichanie, szumy, szuranie, ziewnięcia, stuknięcia, puknięcia i klikanie myszkami. A już szczególnie w popularnym w ostatnich latach open spejsie, gdzie niemal wszyscy znajdują się w obrębie przestrzeni wspólnej. Na dłuższą metę każdego mogłoby to przyprawić o niemały ból głowy. Niektórzy jednak nauczyli się już niewrażliwości na te bodźce. Inni natomiast wdziewają na głowę słuchawki, najlepiej z opcją redukcji szumów i dźwięków z otoczenia, i zamykają się na najbliższe 8 godzin w żółwiej skorupie swojego wyciszonego świata.

To jednak tylko doraźny środek radzenia sobie z problemem. W dodatku nie wszystkie zawody umożliwiają całkowitą alienację. Jak zatem rzeczywiście radzić sobie z tą sytuacją w życiu zawodowym? Jak wykazało badanie King’s College, mizofonicy reagują na swoje indywidualne stresory wyjątkowo silnie. Do tego dochodzi poczucie winy za bezpodstawne doszukiwanie się problemu na siłę – jak też sami zazwyczaj uważają.

Może to mieć bezpośrednie przełożenie na znaczące pogorszenie się relacji w zespole. Subtelne i kulturalne zwrócenie uwagi współpracownikowi – jeżeli w ogóle ma on możliwość zaprzestania generowania uciążliwego bodźca – może okazać się wyzwaniem ponad siły. Do tego dochodzi permanentne zachowywanie uwagi, żeby nie rozpocząć swojej praktyki ponownie. Drobne tiki i nerwowe odruchy są problemem, z którym zmaga się aktualnie bardzo duży odsetek społeczeństwa. Trudno również wymagać, żeby osoby, których nie dotyka soniczne uderzenie, tak aktywnie zwracały uwagę na każde frustrujące zachowanie ze swojej strony. A tymczasem mizofonik ponownie gotuje się, wrze, żeby osiągnąć stan o krok od erupcji.

Mizofonia a praca zdalna

Wraz z popularyzacją pracy zdalnej mizofonia przestała być dla wielu aż tak drażliwa. Jest to możliwość zaszycia się w swoim pokoju jak w bezpiecznym schronie. Z dala od łupnięć, tupnięć, trzasków, wrzasków i mlasków. Odizolowanie się rodzi natomiast nowe komplikacje, które dopiero z czasem mogą przybrać na sile. Człowiek jest w końcu istotą stadną i potrzebuje pewnej dawki kontaktu z innymi osobnikami. Ucieczka od wszelkich stresorów dźwiękowych prowadzi w dłuższej perspektywie do wyobcowania się ze społeczeństwa. Ucierpią na tym nie tylko relacje zawodowe, ale również kondycja psychofizyczna. Gdy już przyzwyczaimy się bowiem do błogiej ciszy, ciężko będzie nas przekonać do ponownego wejścia na tę gwarną karuzelę huknięć, skrzypnięć, pisków, gwizdów i jazgotu. Wizja pozostania w czterech ścianach z pewnością wyda się o wiele bardziej zachęcająca.

Z perspektywy kadry zarządzającej należy natomiast zwrócić uwagę, gdy podobne standardy zaczną się objawiać wśród pracowników. Chociaż nie zawsze jest możliwość, by pomóc im w całokształcie sytuacji, świadomość, że na naszą biurową absencję menedżer patrzy przychylniejszym okiem, może stanowić ogromną ulgę.

Fenomenalnym rozwiązaniem są także wprowadzane w niektórych przedsiębiorstwach pokoje skupienia. Chociaż dalej jest to pewna forma oddzielenia się od grupy, umożliwia zachowanie z nią ciągłości kontaktu. W podobnych warunkach można naprzemiennie wystawiać się na bodźce i odcinać od nich, bez ryzyka stałej ekspozycji na dźwięki doprowadzające do furii. Być może, jeśli szczerze porozmawiamy z przełożonym o swoim problemie, udostępni on przykładowo korzystanie do podobnych celów z salki konferencyjnej. W takim niezależnym pokoju można się poczuć jak szef wszystkich szefów, więc oby tylko sodówka nie uderzyła do głowy.

Mizofonia nie kończy się po godzinach pracy

Uciążliwe i powtarzające się dźwięki wcale nie mają ochoty ustać po zakończeniu obowiązków zawodowych. Szczególnie, kiedy przez niemal cały czas jesteśmy otoczeni przez innych ludzi. Czy to oznacza, że do końca życia mizofonicy są skazani na skrzypiące kroki sąsiadów lub urywaną muzykę? Czy jedyną opcję jest stała przeprowadzka do odludnej chatki w Bieszczadach? A najlepiej w ogóle bunkra. Oczywiście, że nie! A ile osób, tak wiele oryginalnych strategii, jak sobie radzić z problemem.

Jak radzić sobie ze świdrującymi dźwiękami?

Nawet jeśli nie cierpicie na mizofonię, z pewnością znacie kilka sposobów na odgonienie niechcianych hałasów. W zależności od sytuacji, mogą być to stopery douszne (najlepiej takie dla perkusistów), słuchawki wytłumiające dźwięki z otoczenia lub własna muzyka zagłuszająca występującą kakofonię. Jeśli owy rumor pochodzi z zewnątrz, pomóc może wyciszenie mieszkania lub zainwestowanie w nowe, szczelniejsze okna. Warto również porozmawiać o odczuwanych trudnościach z bliskimi osobami, żeby te mogły wystrzegać się generowania irytujących dźwięków.

W zależności od indywidualnych warunków, niektóre osoby mogą znaleźć dłuższą ulgę poprzez techniki samopomocy, takie jak medytacja lub praktykowanie mindfulness. Jednak warto pamiętać, iż zdecydowanie nie jest to rozwiązanie dla każdego. Tak czy owak, wszystkie formy radzenia sobie z problemem zawsze wiążą się z pewnymi kosztami finansowymi oraz wysiłkiem. Trudno też znaleźć coś, co pozwoli nam całkowicie uwolnić się od problemu.

Nie bójmy się pójść po pomoc do profesjonalistów

Jeśli doświadczamy wysokiej wrażliwości na bodźce dźwiękowe, a kanonada tonów prowadzi nas do coraz silniejszej izolacji od społeczeństwa, warto rozważyć skontaktowanie się lekarzem lub psychologiem w celu uzyskania profesjonalnej pomocy. Specjaliści mogą wesprzeć nas w opracowaniu strategii radzenia sobie i zarządzania zaburzeniem. Nie warto odkładać takiej wizyty na później, gdyż zdarza się, że sama odczuwana mizofonia jest jedynie symptomem szerszego problemu zdrowotnego. W wielu przypadkach okazuje się, iż dana tendencja ma po prostu podłoże psychologiczne. W takiej sytuacji konieczne będzie leczenie kompleksowe.

Jeśli natomiast problemem są jedynie natarczywe dźwięki, istnieje kilka skutecznych form terapii. Należą do nich przede wszystkim rozwiązania z dziedziny terapii habituacyjnej i kognitywno-behawioralnej. Niestety, nawet owe metody nie gwarantują kompletnego rozwiązania sprawy. Nie ma jednak powodu, żeby się zniechęcać. W terapii i adaptacji szczęście zdecydowanie sprzyja wytrwałym. Już samo ograniczenie objawów będzie miało nieoceniony wpływ na odczuwany komfort życia. Być może przełom na który czekamy znajduje się tuż za rogiem.

Redaktorka

Z wykształcenia filolog języka francuskiego, jednak od najmłodszych lat emocjonalnie związana z dziennikarstwem i działalnością literacką. Interesuje się szerokim wachlarzem tematycznym, zaczynając od kwestii językowych, kulturowych i społecznych, poprzez finanse i ekonomię, aż po naukę i prawo. Można powiedzieć, że w życiu podąża za iście renesansową definicją bycia "humanistą".

Banner zachęcający do adopcji psów ze Schroniska

Czytaj także

Komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Informacje zwrotne w tekście
Zobacz wszystkie komentarze